wtorek, 24 lutego 2009
24II samolot
Autor:
tolka
Bujam sie jakoś po gliwicach, choć tylko w domyśle są to one. Mam się spakować i gdzieś jechać. Mam tez spotkac się z rafałem bo z nim mam jechać. Spotykam moją katechetkę z podstawówki (?) coś z nią rozmawiam. Po drodze spotykam także jakąs parkę. generalnie zbiera się ekipa i wszyscy udaja się ze mną na lotnisko. Jest tam mało ludzi. Siedze z mama i mowie ze chyba powinna byc odprawa. Zaczynają nas prosić do odprawy, ja szybko biegne do kiosku po baterie do aparatu, żeby porobić zdjecia samolotu i jak bedziemy lecieć. Mowie mamie zeby szybko szła do odprawy to zajmiemy miejsca przy oknie. Gdy wchodzimy do samolotu okazuje się, ż enie siedzimy w poprzek tylko wzdłuż samolotu, więc wszyscy patrzymy w małe okienka. Cieszę się, że zobaczę zachód słońca.
poniedziałek, 23 lutego 2009
23 II 2009
Autor:
Nicolas
Idę przez dworzec w Bytomiu. Nie wygląda jak prawdziwy, ale znam tę budowlę z innych snów. Mroczne perony, podziemia, kiedy nimi idę jestem pewien, że na górze pociągi mają parowe lokomotywy.
Potem idę przez sam Bytom, ale wygląda trochę jak Gliwice (koło biedronki) a potem zupełnie jak ulica Plebiscytowa w Kato, od Katedry w dół. W końcu skręcam w "Dąbrowskiego", ale to strasznie ponura okolica. Wchodze do mieszkania.
W mieszkaniu jest mój dziadek i babcia, która nie żyje, i jacyś goście chyba też moja mama. Przez chwilę słucham audycji starym radiu, przekazu z sejmu. Słyszę głos ministra Rostowskiego, który grzmi: "gdzie jest władza lokalna?! Gdzie są samorządy? Tylko od nich zależy czy wyjdziemy z kryzysu! A przede wszystkim gdzie jest Autonomia Śląska?!" Po tym ostatnim zapadła w radiu straszna cisza, a potem posłowie zaczęli krzyczeć i gwizdać. Nie słuchałem dalej.
W tym mieszkaniu, w kuchni lub łazience jest kawałek urwanej tapety. Deklaruję się, że pójdę kupić nową, bo sklep jest blisko.
Zbiegam po obskurnej klatce schodowej, która owija się wokół windy. Na jednym półpiętrze jest jakiś chłopak, ale tylko przyśpieszam, bo boję się że chce mnie okraść. Słyszę potem, że za mną krzyczy, ale nie zatrzymuję się.
Szybko wchodzę do sklepu, znów na Plebiscytowej. Kobieta, która go prowadzi, ma już tam tylko skromne stanowisko, kawałek ściany, resztę zajmuje inny sklep. Żali mi się, że podnieśli jej czynsz trzykrotnie. Widzę, że już w ogóle nie ma tapet.
Wchodzi ten chłopak z klatki schodowej. Mówi mi, że coś zgubiłem i daje mi monetę 2 euro, a ja wiem, że dostałem ją kiedyś od kogoś na szczęście, że jest ważna.
Potem była część snu zupełnie inna w postrzeganiu, bo patrzyłem z zewnątrz, ale to co się działo było dla mnie jak film, czułem się jakby nie pochodziło "ze mnie" jak jest normalnie ze snami, ale jakby przyszło z innego miejsca. Nie pierwszy raz mam coś takiego. Zawsze wtedy postaci zachowują się zaskakująco ich dialogi są bardzo żywe, nierzadko ironiczne i śmieszne. Niegdy nie jestem w stanie oddać ich brzmienia a jedynie sens. Tak jest i teraz.
Był to proces. Oskarżona była rodzina reprezentowana przez kobietę. W zasadzie to oskarżony był jej mąż, ale go nie było. Oprócz tego była sędzina i prawnik. Ten prawnik popadł w niełaskę i musiał mieszkać w dzielnicy biedoty (chodziło o okolicę mieszkania z pierwszej części snu). Wcześniej urzędował na pocztowej i widać było, że nie zdążył jeszcze zmienić swojej wizytówki. Twarz miał lekko poobijaną, jakby ktoś z miejscowych już go dopadł.
Sędzina w pewnym momencie orzekła, że sprawa zostaje "umorzona", co znaczyło tyle, że wina została potwierdzona i teraz oskarżeni muszą trafić pod kuratele prawnika, który zrobi z nimi porządek. Sędzina powiedziałą na głos, że bedzie musiała wysłać ją do centrum, a dokładniej na pocztową ileśtam (co było starym adresem tego prawnika). Spytała się nagłos do kogo może ona tam trafić. Prawnik odpowiedział, że do niego bo znów się tam przeprowadza (ta sprawa mu to jakby załatwiła).
Była to bardzo zła sytuacja, bo on wykorzystał złą sytuację rodziny i zwalił na nich winę, żeby móc wrócić na stanowisko, a przez to stać się ich "organem sprawiedliwości" bo trafią pod jego kuratelę.
Kobieta podeszła do niego złapała go za krawat i z mocą przydusiła po ścianę. Palnęła świetną mowę ale chodziło o to, żę żałuje, że prawnik nie był bogatszy w chwilach swojej największej biedy i gdyby wiedziałą że tak się to skońćzy to sama pożyczyła by mu 2 złote, żeby ci co mu poobijali twarz, zabili go dla tych pieniędzy.
Potem idę przez sam Bytom, ale wygląda trochę jak Gliwice (koło biedronki) a potem zupełnie jak ulica Plebiscytowa w Kato, od Katedry w dół. W końcu skręcam w "Dąbrowskiego", ale to strasznie ponura okolica. Wchodze do mieszkania.
W mieszkaniu jest mój dziadek i babcia, która nie żyje, i jacyś goście chyba też moja mama. Przez chwilę słucham audycji starym radiu, przekazu z sejmu. Słyszę głos ministra Rostowskiego, który grzmi: "gdzie jest władza lokalna?! Gdzie są samorządy? Tylko od nich zależy czy wyjdziemy z kryzysu! A przede wszystkim gdzie jest Autonomia Śląska?!" Po tym ostatnim zapadła w radiu straszna cisza, a potem posłowie zaczęli krzyczeć i gwizdać. Nie słuchałem dalej.
W tym mieszkaniu, w kuchni lub łazience jest kawałek urwanej tapety. Deklaruję się, że pójdę kupić nową, bo sklep jest blisko.
Zbiegam po obskurnej klatce schodowej, która owija się wokół windy. Na jednym półpiętrze jest jakiś chłopak, ale tylko przyśpieszam, bo boję się że chce mnie okraść. Słyszę potem, że za mną krzyczy, ale nie zatrzymuję się.
Szybko wchodzę do sklepu, znów na Plebiscytowej. Kobieta, która go prowadzi, ma już tam tylko skromne stanowisko, kawałek ściany, resztę zajmuje inny sklep. Żali mi się, że podnieśli jej czynsz trzykrotnie. Widzę, że już w ogóle nie ma tapet.
Wchodzi ten chłopak z klatki schodowej. Mówi mi, że coś zgubiłem i daje mi monetę 2 euro, a ja wiem, że dostałem ją kiedyś od kogoś na szczęście, że jest ważna.
Potem była część snu zupełnie inna w postrzeganiu, bo patrzyłem z zewnątrz, ale to co się działo było dla mnie jak film, czułem się jakby nie pochodziło "ze mnie" jak jest normalnie ze snami, ale jakby przyszło z innego miejsca. Nie pierwszy raz mam coś takiego. Zawsze wtedy postaci zachowują się zaskakująco ich dialogi są bardzo żywe, nierzadko ironiczne i śmieszne. Niegdy nie jestem w stanie oddać ich brzmienia a jedynie sens. Tak jest i teraz.
Był to proces. Oskarżona była rodzina reprezentowana przez kobietę. W zasadzie to oskarżony był jej mąż, ale go nie było. Oprócz tego była sędzina i prawnik. Ten prawnik popadł w niełaskę i musiał mieszkać w dzielnicy biedoty (chodziło o okolicę mieszkania z pierwszej części snu). Wcześniej urzędował na pocztowej i widać było, że nie zdążył jeszcze zmienić swojej wizytówki. Twarz miał lekko poobijaną, jakby ktoś z miejscowych już go dopadł.
Sędzina w pewnym momencie orzekła, że sprawa zostaje "umorzona", co znaczyło tyle, że wina została potwierdzona i teraz oskarżeni muszą trafić pod kuratele prawnika, który zrobi z nimi porządek. Sędzina powiedziałą na głos, że bedzie musiała wysłać ją do centrum, a dokładniej na pocztową ileśtam (co było starym adresem tego prawnika). Spytała się nagłos do kogo może ona tam trafić. Prawnik odpowiedział, że do niego bo znów się tam przeprowadza (ta sprawa mu to jakby załatwiła).
Była to bardzo zła sytuacja, bo on wykorzystał złą sytuację rodziny i zwalił na nich winę, żeby móc wrócić na stanowisko, a przez to stać się ich "organem sprawiedliwości" bo trafią pod jego kuratelę.
Kobieta podeszła do niego złapała go za krawat i z mocą przydusiła po ścianę. Palnęła świetną mowę ale chodziło o to, żę żałuje, że prawnik nie był bogatszy w chwilach swojej największej biedy i gdyby wiedziałą że tak się to skońćzy to sama pożyczyła by mu 2 złote, żeby ci co mu poobijali twarz, zabili go dla tych pieniędzy.
23.02.09
Autor:
deycza
idę na jakąś imprezę, która odbywa się chyba w czyimś domu. raczej nie jest to żaden klub. wchodzę sama, nikt mnie nie wita. w przedpokoju stoi pełno porozrzucanych par butów, co oznacza, że goście już są w środku. przyglądam się im i po butach rozpoznaję kto jest na imprezie. poznaję buty michała, magdy (dziewczyny z mojego gimnazjum), liwki i paru innych osób. nie szukam ich jednak, nie chcę ich spotkać. podchodzi do mnie jakiś chłopak który wygląda jak krzysiek, ale przedstawia się jako dominik. ma na głowie czapkę z daszkiem i jest niższy ode mnie (krzysiek jest wyższy). potem spotykam moją mamę (nie jestem już na tej imprezie, tylko gdzieś indziej. wydaje mi się, że to jest jakaś kuchnia, ale nie w moim domu, ani żadnym domu jaki znam). mówię mojej mamie, że poznałam na imprezie owego dominika i że myślę, że ona go zna. mówię jej jak wyglądał i jak miał na imię. moja mama mówi, że dominik to bardzo ładne imię.
niedziela, 22 lutego 2009
22 II 2009
Autor:
Nicolas
Film pod dużym wpływem chaosu zawartego w "Obiecaj mi".
Idę albo jadę jakąś ulicą i spotykam człowieka, który chce sprzedać samochód zaparkowany na środku drogi. To chyba nie jest jego samochód i chyba jest kradziony, ale pomagam mu go odśnieżyć. Okazuje się, że to czerwony maluch. Ktoś podjeżdża i od razu go kupuje.
Gość który go sprzedał, daje mi jakieś pieniądze z tego.
Jadę do Wrocławia, Bóg wie po co, a kiedy wysiadam na stacji, która wydaje mi się bardzo nowoczesna, myślę, że musiałbym zadzwonić do Ani, to ją odwiedzę i może będę miał się gdzie przespać, ale nagle wpadam na Helenę i chyba Karinę. Coś tam z nimi rozmawiam.
Potem znowu gdzieś idę już w Katowicach, przechodzę koło Rialta idę do rynku, ale tuż za mostem, na ulicy jest moja mama, siedzi przywiązana taśmą do biurowego krzesła. Pytam się jej co się stało, a ona mówi, że ktoś ukradł jej prochy o_0, które wyglądają jak czerwone koraliki. Jeszcze widzę jak ten ktoś - czarna sylwetka wbiega na rynek i znika za zakrętem.
Biegnę tam, ale tam panuje totalny chaos. Jest pełno ludzi, wszędzie pełno tramwajów, nie wiem co się dzieje. Spotykam mnóstwo osób, w tym magdę wsz. (Z liceum) i generalnie wszystkich.
Idę albo jadę jakąś ulicą i spotykam człowieka, który chce sprzedać samochód zaparkowany na środku drogi. To chyba nie jest jego samochód i chyba jest kradziony, ale pomagam mu go odśnieżyć. Okazuje się, że to czerwony maluch. Ktoś podjeżdża i od razu go kupuje.
Gość który go sprzedał, daje mi jakieś pieniądze z tego.
Jadę do Wrocławia, Bóg wie po co, a kiedy wysiadam na stacji, która wydaje mi się bardzo nowoczesna, myślę, że musiałbym zadzwonić do Ani, to ją odwiedzę i może będę miał się gdzie przespać, ale nagle wpadam na Helenę i chyba Karinę. Coś tam z nimi rozmawiam.
Potem znowu gdzieś idę już w Katowicach, przechodzę koło Rialta idę do rynku, ale tuż za mostem, na ulicy jest moja mama, siedzi przywiązana taśmą do biurowego krzesła. Pytam się jej co się stało, a ona mówi, że ktoś ukradł jej prochy o_0, które wyglądają jak czerwone koraliki. Jeszcze widzę jak ten ktoś - czarna sylwetka wbiega na rynek i znika za zakrętem.
Biegnę tam, ale tam panuje totalny chaos. Jest pełno ludzi, wszędzie pełno tramwajów, nie wiem co się dzieje. Spotykam mnóstwo osób, w tym magdę wsz. (Z liceum) i generalnie wszystkich.
piątek, 20 lutego 2009
20 II 2009
Autor:
Nicolas
Dyktafon rzecze: "zamach na królową, pogrzeb Kaczmarskiego, zbieranie owoców, pigmalion gifted".
Okej. Sam już nie wszystko pamiętam.
Zamach na królową - widzę tylko młodą królową elżbietę, jak na znaczkach. Nie wiem o co chodziło.
Pogrzeb Kaczmarskiego. Szedłem przez powązki czy gdzieś i to miał byc jego pogrzeb, albo jakaś rocznica. W sumie to byłem ciekaw bo myślałem, że spotkam jakaś jego rodzinę, czy ludzi od których mógłbym się czegoś o nim dowiedzieć.
Szedłem od zewnątrz cmentarza, na początku było niewielu ludzi (wyglądało to jak pogrzeb mojej babci), ale potem wszedłem na główną aleję. Ludzi zaczęło przybywać. Znalazłem grób (bo byłem tam wcześniej) W sumie to też był przy głównej alei, ale tak zakamuflowany, że przykrywały do krany i chyba śmietniki, jakby ktoś kto go tam budował nie przypuszczał, że ktoś go będzie chciał kiedyś odwiedzać, a potem nikt z tym nic nie zrobił. Ktoś stał nad tym grobem, ale sie nie zatrzymałem tylko poszedłem dalej. I Nagle pośród grobów po lewej stronie zaroiło się od uroczyście ubranych ludzi. I ktoś chyba przemawiał. Pamiętam że biegłem do bram, oni stali po lewej stronie, coś się działo, a mi było tak dogłębnie smutno, co oni z nim (Kaczmarskim) zrobili, że zacząłem płakać i słyszałem Słowa z jego pisoenki dokładnie te "Nie lubię gdy mi mówią po imieniu. Gdy w zdaniu jest co drugie słowo - brat. Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu". Uciekłem w końcu.
(bezpośrednia kontynuacja) Szedłem ulicą i na balkonie na 1 piętrze stało 2 ludzi. Jeden z nich nawoływał przez mikrofon podłączony do starego magnetofonu, że są jeszcze miejsca na kurs tańca i innych przydatnych umiejętności finansowany przez UE.
Zbierania owoców nie pamiętam.
Potem śniło mi się, że ktoś dał mi jakiś wiersz na strzępie kartki. I on albo miał pigmaliona w tytule, albo treść się jakośmodnosiłą (ale nie chodzi to o gostka z mitologii, wiem, że moim śnie miało to jakieś inne, ale też archetypiczne zanczenie). A jak się wzieło pierwsze litery pierwszych słów w wersach to układały się w słowo "gifted"
Okej. Sam już nie wszystko pamiętam.
Zamach na królową - widzę tylko młodą królową elżbietę, jak na znaczkach. Nie wiem o co chodziło.
Pogrzeb Kaczmarskiego. Szedłem przez powązki czy gdzieś i to miał byc jego pogrzeb, albo jakaś rocznica. W sumie to byłem ciekaw bo myślałem, że spotkam jakaś jego rodzinę, czy ludzi od których mógłbym się czegoś o nim dowiedzieć.
Szedłem od zewnątrz cmentarza, na początku było niewielu ludzi (wyglądało to jak pogrzeb mojej babci), ale potem wszedłem na główną aleję. Ludzi zaczęło przybywać. Znalazłem grób (bo byłem tam wcześniej) W sumie to też był przy głównej alei, ale tak zakamuflowany, że przykrywały do krany i chyba śmietniki, jakby ktoś kto go tam budował nie przypuszczał, że ktoś go będzie chciał kiedyś odwiedzać, a potem nikt z tym nic nie zrobił. Ktoś stał nad tym grobem, ale sie nie zatrzymałem tylko poszedłem dalej. I Nagle pośród grobów po lewej stronie zaroiło się od uroczyście ubranych ludzi. I ktoś chyba przemawiał. Pamiętam że biegłem do bram, oni stali po lewej stronie, coś się działo, a mi było tak dogłębnie smutno, co oni z nim (Kaczmarskim) zrobili, że zacząłem płakać i słyszałem Słowa z jego pisoenki dokładnie te "Nie lubię gdy mi mówią po imieniu. Gdy w zdaniu jest co drugie słowo - brat. Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu". Uciekłem w końcu.
(bezpośrednia kontynuacja) Szedłem ulicą i na balkonie na 1 piętrze stało 2 ludzi. Jeden z nich nawoływał przez mikrofon podłączony do starego magnetofonu, że są jeszcze miejsca na kurs tańca i innych przydatnych umiejętności finansowany przez UE.
Zbierania owoców nie pamiętam.
Potem śniło mi się, że ktoś dał mi jakiś wiersz na strzępie kartki. I on albo miał pigmaliona w tytule, albo treść się jakośmodnosiłą (ale nie chodzi to o gostka z mitologii, wiem, że moim śnie miało to jakieś inne, ale też archetypiczne zanczenie). A jak się wzieło pierwsze litery pierwszych słów w wersach to układały się w słowo "gifted"
19 II 2009
Autor:
Nicolas
Mętny sen.
Jestem w Kaletach, idę z moim kuzynem, pamiętam, że światło było jak na starych zdjęciach. To miejsce wcale nie wygląda jak Kalety. Gdzieś jest jakaś wieża. Chyba do niej idziemy albo w okolice.
Potem jestem w jakimś domu i to chyba jest dom mojego kolegi z Kalet (choć też wcale go nie przypomina). Idę do kuchni i spotykam tam jego siostrę, z którą chwilę rozmawiam, a potem ona pokazuje mi coś na komputerze - jego monitor jest stary, duży (ogromny), ale lekko obły. Nie potrafię określić wieku w jakim była. Chyba w moim - bo tak wyglądała, ale ona zawsze zachowywała się bardzo dziecinnie.
Potem jestem w jakimś innym domu. Nie wiem czy to to samo miasto. To nie dom, a raczej pałac. Ma sale a nie pokoje - tylko, że w tych salach mieszkają ludzie jak w mieszkaniach. Szczególnie na parterze. Jestem tam, bo jakaś kobieta chciała, żebym porobił zdjęcia reszcie jej mebli, żeby mogła je sprzedać. Na parterze wchodzę do jednej z tych sal. Jest ciemno, ale wszystko widać. Ogromne przestrzenie ścian i sufitu są wyłożone zielonym płótnem, bardzo delikatnym w liściaste wzory (podobną kapę na wersalkę miał mój dziadek z Kalet). Wygląda to bogato, ale czuć że to wszystko jest strasznie stare. Wciągam powietrze i jestem zachwycony jak jest czyste i świeże i wydaje mi się, że to własnie zasługa materiału na ścianach. Jest mi szkoda, że to nie tutaj mam robić zdjęcia.
Wchodze na górę, tu są normalne pokoje, Okna są zaciągnięte, ale na dworze jest środek lata, bo przez zasłony przesącza się takie ciężki złote światło. Jest duszno. Wszytsko jest złote od słońca i brązowe od desek podłogi. Wiem, że w pokoju niedaleko jest ta kobieta. Wchodze do innego (teraz dom przypomina trochę dom mojego taty) pokoju i widzę cudowny stolik i cośtam. Chcę zrobić zdjęcia stolika, ale widze że znajduje się na nim dziwna nowoczesna rzeźba chyba zrobiona ze szła. Takie jakby kominy czy odwrócone sople. Zaczynam im robić zdjęcia, ale wychodzą bardzo dziwnie. Jakoś nieostro.
W ostatnim ujęciu jestem w Katowicach. W piwnicy jakiejś kamienicy, ale jest to piwnica "nad ziemią" To znaczy poziom gruntu jest od podwórza dużo niżej i korytarz piwnicy wychodzi łukiem na zewnątrz. Mam podczucie średniowiecza bo wszędzie są nagie kamienie. W końcu przychodzi mu ojciec. Prowadzę go do jednych drzwi, starych drewnianych, zamykanych na kłódkę. Za nimi musi być jakaś mała komórka. Mówię mu, że super byłoby tu mieszkać, że bardzo podoba mi się to miejsce.
Potem patrze przez jedno z okienek na korytarzu na zewnątrz i widzę jakiś duży plac, powietrze jest czyste i chłodne. Jest biało więc to chyba zima. Mówię że super przestrzeń i że niedługo pewnie zostanie zagospodarowana bo tak w centrum. Na pewno będzie super.
Idziemy na koniec korytarza, tuż przy wyjściu stoi ogromny stół. Za nim siedzi jakaś stara kobieta. Pytamy się jej jaka jest cena. Ale ona siedzi i nic nie robi. Nie odpowiada. Czekamy tak dość długo, w końcu mója tata, który nie lubi czekać odchodzi coś tam psiocząc a ja mu przytakuję, mówię że faktycznie jest fatalnie i generalnie zauważam że to obrzydliwe miejsce.
Jestem w Kaletach, idę z moim kuzynem, pamiętam, że światło było jak na starych zdjęciach. To miejsce wcale nie wygląda jak Kalety. Gdzieś jest jakaś wieża. Chyba do niej idziemy albo w okolice.
Potem jestem w jakimś domu i to chyba jest dom mojego kolegi z Kalet (choć też wcale go nie przypomina). Idę do kuchni i spotykam tam jego siostrę, z którą chwilę rozmawiam, a potem ona pokazuje mi coś na komputerze - jego monitor jest stary, duży (ogromny), ale lekko obły. Nie potrafię określić wieku w jakim była. Chyba w moim - bo tak wyglądała, ale ona zawsze zachowywała się bardzo dziecinnie.
Potem jestem w jakimś innym domu. Nie wiem czy to to samo miasto. To nie dom, a raczej pałac. Ma sale a nie pokoje - tylko, że w tych salach mieszkają ludzie jak w mieszkaniach. Szczególnie na parterze. Jestem tam, bo jakaś kobieta chciała, żebym porobił zdjęcia reszcie jej mebli, żeby mogła je sprzedać. Na parterze wchodzę do jednej z tych sal. Jest ciemno, ale wszystko widać. Ogromne przestrzenie ścian i sufitu są wyłożone zielonym płótnem, bardzo delikatnym w liściaste wzory (podobną kapę na wersalkę miał mój dziadek z Kalet). Wygląda to bogato, ale czuć że to wszystko jest strasznie stare. Wciągam powietrze i jestem zachwycony jak jest czyste i świeże i wydaje mi się, że to własnie zasługa materiału na ścianach. Jest mi szkoda, że to nie tutaj mam robić zdjęcia.
Wchodze na górę, tu są normalne pokoje, Okna są zaciągnięte, ale na dworze jest środek lata, bo przez zasłony przesącza się takie ciężki złote światło. Jest duszno. Wszytsko jest złote od słońca i brązowe od desek podłogi. Wiem, że w pokoju niedaleko jest ta kobieta. Wchodze do innego (teraz dom przypomina trochę dom mojego taty) pokoju i widzę cudowny stolik i cośtam. Chcę zrobić zdjęcia stolika, ale widze że znajduje się na nim dziwna nowoczesna rzeźba chyba zrobiona ze szła. Takie jakby kominy czy odwrócone sople. Zaczynam im robić zdjęcia, ale wychodzą bardzo dziwnie. Jakoś nieostro.
W ostatnim ujęciu jestem w Katowicach. W piwnicy jakiejś kamienicy, ale jest to piwnica "nad ziemią" To znaczy poziom gruntu jest od podwórza dużo niżej i korytarz piwnicy wychodzi łukiem na zewnątrz. Mam podczucie średniowiecza bo wszędzie są nagie kamienie. W końcu przychodzi mu ojciec. Prowadzę go do jednych drzwi, starych drewnianych, zamykanych na kłódkę. Za nimi musi być jakaś mała komórka. Mówię mu, że super byłoby tu mieszkać, że bardzo podoba mi się to miejsce.
Potem patrze przez jedno z okienek na korytarzu na zewnątrz i widzę jakiś duży plac, powietrze jest czyste i chłodne. Jest biało więc to chyba zima. Mówię że super przestrzeń i że niedługo pewnie zostanie zagospodarowana bo tak w centrum. Na pewno będzie super.
Idziemy na koniec korytarza, tuż przy wyjściu stoi ogromny stół. Za nim siedzi jakaś stara kobieta. Pytamy się jej jaka jest cena. Ale ona siedzi i nic nie robi. Nie odpowiada. Czekamy tak dość długo, w końcu mója tata, który nie lubi czekać odchodzi coś tam psiocząc a ja mu przytakuję, mówię że faktycznie jest fatalnie i generalnie zauważam że to obrzydliwe miejsce.
poniedziałek, 16 lutego 2009
16 II 2009
Autor:
Nicolas
Śniło mi się, że świat miał się skończyć. Życie, to była tylko taka gra, po której wszyscy rozjeżdżali się do domów. Prawie nikogo już nie było. Chodziłem po mieście i choć był dzień to wszędzie było ciemno bo zgaszono już światła. Rzeczywistość jakoś się rozjechała, a mi ciągle zostało coś jeszcze do zrobienia, nie chciałem wyjechać, a może nie umiałem.
Na placu przed katedra ktoś otworzył nawet, na te ostatnie kilkanaście minut, bar dla odjeżdżających ludzi. A mi coś ciągle mówiło, że muszę zostać.
Spotkałem mamę Natalii (nie Natalki). Jechała z 2 młodszych dzieci i chyba babcią. Mieli szofera. Mówili, że jadą na wakacje, ale ja wiedziałem, że odjeżdżają bo to już koniec. Podwieźli mnie kawałek, ale potem wysiadłem. Miałem ze sobą plecak naszykowany też do odjazdu. Wydaje mi się, że szukałem znaku, czegoś co pozwoli temu zapobiec, jakiegoś odwołania w ostatniej chwili.
Kilka razy się budziłem, ale zmuszałem się, żeby zasnąć na nowo, bo byłem ciekaw co się stanie jak wszystko się już skończy. Nie udało mi się. Budzik w końcu mi na to nie pozwolił.
EDIT:
Byłbym zapomniał, znów miałem napad paraliżu sennego. Tym razem nie byłem przekonany, że Szatan śpi na lóżku obok (być może dlatego, że to ja na nim spałem...). Obudziłem się w nocy nie mogąc oddychać - cała moja głowa była jakby zaciśnięta w imadle. Nie potrafiłem się w żaden sposób zmusić do wzięcia oddechu, ani otworzenia ust, moje szczęki były zaciśnięte, jakby coś je trzymało. Bałem się, że się uduszę.
Przypomniało mi się, że jak na człowieka "siada Zmora" to trzeba ją "zrzucić" czyli obrócić się na bok. Spróbowałem najpierw było ciężko, moje ruchy były strasznie wolne, wszystko było ciężkie. Ale udało się. No cóż, łatwiej wrócić do władania nogami i rękami niż przeponą.
To podobno jest dziedziczne.
Na placu przed katedra ktoś otworzył nawet, na te ostatnie kilkanaście minut, bar dla odjeżdżających ludzi. A mi coś ciągle mówiło, że muszę zostać.
Spotkałem mamę Natalii (nie Natalki). Jechała z 2 młodszych dzieci i chyba babcią. Mieli szofera. Mówili, że jadą na wakacje, ale ja wiedziałem, że odjeżdżają bo to już koniec. Podwieźli mnie kawałek, ale potem wysiadłem. Miałem ze sobą plecak naszykowany też do odjazdu. Wydaje mi się, że szukałem znaku, czegoś co pozwoli temu zapobiec, jakiegoś odwołania w ostatniej chwili.
Kilka razy się budziłem, ale zmuszałem się, żeby zasnąć na nowo, bo byłem ciekaw co się stanie jak wszystko się już skończy. Nie udało mi się. Budzik w końcu mi na to nie pozwolił.
EDIT:
Byłbym zapomniał, znów miałem napad paraliżu sennego. Tym razem nie byłem przekonany, że Szatan śpi na lóżku obok (być może dlatego, że to ja na nim spałem...). Obudziłem się w nocy nie mogąc oddychać - cała moja głowa była jakby zaciśnięta w imadle. Nie potrafiłem się w żaden sposób zmusić do wzięcia oddechu, ani otworzenia ust, moje szczęki były zaciśnięte, jakby coś je trzymało. Bałem się, że się uduszę.
Przypomniało mi się, że jak na człowieka "siada Zmora" to trzeba ją "zrzucić" czyli obrócić się na bok. Spróbowałem najpierw było ciężko, moje ruchy były strasznie wolne, wszystko było ciężkie. Ale udało się. No cóż, łatwiej wrócić do władania nogami i rękami niż przeponą.
To podobno jest dziedziczne.
Etykiety:
bar,
gra,
katowice,
koniec świata,
miasto,
Natalia,
paraliż senny,
plecak,
szofer
piątek, 13 lutego 2009
9,II
Autor:
tolka
Jestem na lednicy. Jest ze mną Anka. Znajdujemy się tuż przy rybie w miejscu gdzi ezawsze tańczą ludzie. My jesteśmy tymi tańczącymi ludzmi. Ania patrzy na wszystko z zaciekawieniem i wygląda na ucieszoną, że tam jest. Ja czuję niezwykłą radość, że Ania jest ze mną i że dzięki lednicy nawróci się i odnowi się jej wiara i będzie szczęśliwa z Bogiem XD joł
czwartek, 12 lutego 2009
12 II 2008
Autor:
Nicolas
Sen będący dowodem mojego zrasowania mózgu ostatnimi czasy.
Śniło mi się, że pojechałem na jurę na larpa. A tam zastałem moich znajomych z uczelni uwięzionych przez podłe elfy i zmuszonych do pracy w kopalni. Był tam jakiś dziwny system poddaństwa i nikomu by nie przyszło do głowy żeby się buntować. Cała akcja działa się naprawdę, nie w larpie.
Kiedy tam przybyłem wepchnęli mnie do jakiejś malutkiej windy - po drodze widziałem tych znajomych poupychanych w tym potwornych piętrowych górniczych windach, czekających na swoją kolej.
Kiedy byłem w środku puścili maszynerię w ruch. Zjeżdżałem jakiś masakrycznie długi czas - kiedy odkryłem, że jest tam wyświetlacz pokazujący moją pozycję, okazało się, że jestem dopiero w połowie. W końcu zaczęło się dziać z windą coś złego. Najpierw potwornie trzęsła, potem zaczęła przez nią przepływac woda, bo z lewej strony od góry uderzał w nią podziemny wodospad. Na konie całość zaczęła się zgniatać. Razem ze mną. Jak szalony zacząłem uderzać przycisk w górę. W końcu ruszyła i klatka odskoczyła do normalnej wielkości. Wiem, że to było na głębokości 1000 metrów.
Potem pamiętam były jakieś plany buntu - których ludzi uwolnić najpierw, żeby walczyli najlepiej i dali reszcie większe szanse na ucieczke.
A potem ktoś się mnie pytał (mnie, jako postaci bramina) "skąd jestem" i wiem, że miał na myśli "z jakiej szkoły, od jakiego boga" ale miałem pustkę w głowie i powiedziałem, że "z Ashmapuri" - stolicy raashtram.
Śniło mi się, że pojechałem na jurę na larpa. A tam zastałem moich znajomych z uczelni uwięzionych przez podłe elfy i zmuszonych do pracy w kopalni. Był tam jakiś dziwny system poddaństwa i nikomu by nie przyszło do głowy żeby się buntować. Cała akcja działa się naprawdę, nie w larpie.
Kiedy tam przybyłem wepchnęli mnie do jakiejś malutkiej windy - po drodze widziałem tych znajomych poupychanych w tym potwornych piętrowych górniczych windach, czekających na swoją kolej.
Kiedy byłem w środku puścili maszynerię w ruch. Zjeżdżałem jakiś masakrycznie długi czas - kiedy odkryłem, że jest tam wyświetlacz pokazujący moją pozycję, okazało się, że jestem dopiero w połowie. W końcu zaczęło się dziać z windą coś złego. Najpierw potwornie trzęsła, potem zaczęła przez nią przepływac woda, bo z lewej strony od góry uderzał w nią podziemny wodospad. Na konie całość zaczęła się zgniatać. Razem ze mną. Jak szalony zacząłem uderzać przycisk w górę. W końcu ruszyła i klatka odskoczyła do normalnej wielkości. Wiem, że to było na głębokości 1000 metrów.
Potem pamiętam były jakieś plany buntu - których ludzi uwolnić najpierw, żeby walczyli najlepiej i dali reszcie większe szanse na ucieczke.
A potem ktoś się mnie pytał (mnie, jako postaci bramina) "skąd jestem" i wiem, że miał na myśli "z jakiej szkoły, od jakiego boga" ale miałem pustkę w głowie i powiedziałem, że "z Ashmapuri" - stolicy raashtram.
niedziela, 8 lutego 2009
8 II 2009
Autor:
Nicolas
Pojechałem autobusem na lotnisko - muchowiec. Potem szedłem lasem spory kawałek i nagle wyszedłem na jakieś wywyższenie z widokiem na ogromną, bardzo stromą górę wznoszącą się po prawej stronie. Pomiędzy mną a wzniesieniem przepływała jakaś ogromna rzeka. Było słonecznie, jak późna wiosna, lato. Pomyślałem sobie, że Katowice są zajebiste skoro miejską komunikacją można dotrzeć w góry. W ogóle okazało się, że jestem w jakiejś górskiej wsi. Nagle pojawiły sie jakieś kobiety z takimi samymi chustkami na głowach. Zszedłem ku rzecze. Po drugiej stronie 2 chłopczyków bawiło się sterowanymi radiowo łódkami.
----
Byłem gdzieś, chyba w okolicach mojej uczelni. To było znów postapokaliptyczne - wszystkie drogi były zarośnięte. Torowiska tramwajów zardzewiałe. Przystanek na który wyszedłem sprawdzić czy jesteśmy w dobrym miejscu mówił coś o jakiejś japońskiej szkole czy ambasadzie. Byłem tak z jakimiś znajomymi i ktoś nas podwoził do sklepu - marketu. Czekaliśmy na innych znajomych.Ze mną była Tolka i jeszcze ktoś. Z okna, jak jechaliśmy, widziałem Kasię Z. Była strasznie opatulona jakimiś puchowymi ubraniami. Cieszyłęm się, że udało jej się do nas dołączyć. Spotkaliśmy się w sklepie - z zewnątrz wyglądał jak ogromny supermarket, ale w środku okazało się, że nie zajmuje tego całego miejsca, ale jakąś 1/5. Znalazłem moich znajomych jak rozwaleni pod lodówkami wcinali coś rozmawiając z dziewczynami - sprzedawczyniami, o tym że wczoraj bło jeszcze dużo więcej wszystkiego.
Potem chyba musieliśmy już iść. Zobaczyłem siebie - wydaje mi się, ż3e to byłem ja. Ale byłem stary - miałem koło 40 jechałem na koniu, objuczony, śpiwór był przypięty z przodu siodła. Właśnie wyjeżdżaliśmy z lasu i taka zwykła ubita leśna droga zaminiła się z stary asfalt z wgniecionymi torowiskami. Wjechaliśmy w sam środek Katowic. Miasta nie widziałem. Ale chyba było równie zapomniane.
----
Byłem gdzieś, chyba w okolicach mojej uczelni. To było znów postapokaliptyczne - wszystkie drogi były zarośnięte. Torowiska tramwajów zardzewiałe. Przystanek na który wyszedłem sprawdzić czy jesteśmy w dobrym miejscu mówił coś o jakiejś japońskiej szkole czy ambasadzie. Byłem tak z jakimiś znajomymi i ktoś nas podwoził do sklepu - marketu. Czekaliśmy na innych znajomych.Ze mną była Tolka i jeszcze ktoś. Z okna, jak jechaliśmy, widziałem Kasię Z. Była strasznie opatulona jakimiś puchowymi ubraniami. Cieszyłęm się, że udało jej się do nas dołączyć. Spotkaliśmy się w sklepie - z zewnątrz wyglądał jak ogromny supermarket, ale w środku okazało się, że nie zajmuje tego całego miejsca, ale jakąś 1/5. Znalazłem moich znajomych jak rozwaleni pod lodówkami wcinali coś rozmawiając z dziewczynami - sprzedawczyniami, o tym że wczoraj bło jeszcze dużo więcej wszystkiego.
Potem chyba musieliśmy już iść. Zobaczyłem siebie - wydaje mi się, ż3e to byłem ja. Ale byłem stary - miałem koło 40 jechałem na koniu, objuczony, śpiwór był przypięty z przodu siodła. Właśnie wyjeżdżaliśmy z lasu i taka zwykła ubita leśna droga zaminiła się z stary asfalt z wgniecionymi torowiskami. Wjechaliśmy w sam środek Katowic. Miasta nie widziałem. Ale chyba było równie zapomniane.
7 II 2009
Autor:
Nicolas
Chyba to hostel obejrzany 6 II wpłynął na mnie i na moją czasoprzestrzeń, bo zarówno fabuła snu poprzedzającego jego obejrzenie i następującego po filmie zgadzają się tematycznie z nim samym.
Śniło mi się coś jak połączenie hostelu i i scen z pulp-fiction gdzie (kto widział, wie których). W każdym razie ratowałem jakiegoś znajomego (który był nieprzytomny) z jakiegoś torturo burdelu.
Wiem, że wyciągałem go przez okno i okazało się, że nie pierwszy raz byłą to czyjaś droga ucieczki, bo mnóstwo tam było śladów - nie pamiętam jakich, acle coś takiego przyszło mi do głowy.
Śniło mi się coś jak połączenie hostelu i i scen z pulp-fiction gdzie (kto widział, wie których). W każdym razie ratowałem jakiegoś znajomego (który był nieprzytomny) z jakiegoś torturo burdelu.
Wiem, że wyciągałem go przez okno i okazało się, że nie pierwszy raz byłą to czyjaś droga ucieczki, bo mnóstwo tam było śladów - nie pamiętam jakich, acle coś takiego przyszło mi do głowy.
6 II 2009
Autor:
Nicolas
Śniło mi się, że wraz z paroma osobami zostaliśmy porwani. Były tam chyba moje siostry, był też chyba Artur. W sen wszedłem w momencie, kiedy przejęliśmy kontrolę nad sytuacją - to jest zabilismy porywaczy - chyba zrobił to Artur przy pomocy szabli. Kiedy to się stało, uświadomiłem sobie, że przecież ktoś mógł nas widzieć. Okazało się, że jesteśmy przetrzymywani w jakimś dwupoziomowym mieszkaniu w mieście - jedna ściana, ta od ulicy, była praktycznie cała we szkle. Kiedy do niej podszedłem zobaczyłem dom po drugiej stronie ulicy i mnóstwo ludzi w oknach, niektórzy z dziećmi. Oglądali chyba gwiazdy czy coś. Nie było sposobu, żeby nas nie zauważyli.
Zacząłem wszystkich poganiać, krzyczeć, że musimy się spieszyć. Wszedłem do jakiegoś saloniku i spłynęła na mnie senna wiedza, że tu nasi porywacze grali w jakąś dziwną grę, która polegała na podrzucaniu 5-złotówek. Ale że byli nieźle naprani, to nigdy nie zauważali, kiedy spadały im na ziemie. Odsunąłem kanapy i zacząłem zbierać pieniądze garściami - w końcu w ucieczce przydadzą nam się pieniądze.
Potem kiedy już mieliśmy wychodzić, okazało się, że nigdzie nie ma moich butów. Kiedy bezsensownie zacząłem ich szukać nikt mnie nie poganiał. W końcu sam uświadomiłem sobie, że to nie ma sensu i wylecieliśmy na dwór, wsiedliśmy do jakiegoś auta.
Zacząłem wszystkich poganiać, krzyczeć, że musimy się spieszyć. Wszedłem do jakiegoś saloniku i spłynęła na mnie senna wiedza, że tu nasi porywacze grali w jakąś dziwną grę, która polegała na podrzucaniu 5-złotówek. Ale że byli nieźle naprani, to nigdy nie zauważali, kiedy spadały im na ziemie. Odsunąłem kanapy i zacząłem zbierać pieniądze garściami - w końcu w ucieczce przydadzą nam się pieniądze.
Potem kiedy już mieliśmy wychodzić, okazało się, że nigdzie nie ma moich butów. Kiedy bezsensownie zacząłem ich szukać nikt mnie nie poganiał. W końcu sam uświadomiłem sobie, że to nie ma sensu i wylecieliśmy na dwór, wsiedliśmy do jakiegoś auta.
czwartek, 5 lutego 2009
5.02.09
Autor:
deycza
przez ostatnie 2 dni miałam w nocy gorączke, a zawsze jak mam gorączke to śni mi się białe. kolor biały generalnie. tak jest zawsze.
natomiast dzisiaj już normalnie śniło mi się, że byłam na plaży nad morzem (polskim chyba). widziałam się z perspektywy trzeciej osoby. byłam ubrana w szarą koszulke na ramiączkach i szorty moje granatowe, miałam włosy zafarbowane na brązowo i spięte jakoś dziwnie do tyłu. łaziłam bez sensu wszędzie, kręciłam się ogólnie po tej plaży.
na plaży obywał się też jakiś event w stylu viva plażuje, czy inny rmf, było boisko do siatki, jakieś budy, pełno ludzi, muza itpy. była jakaś prezenterka, michał był, nasza kobieta z języka angielskiego i jacyś ludzie, ale nie pamiętam kto. potem podszedł do mnie jakiś anonimowy ksiądz i spytałam się, czy nie jest mu gorąco w tym stroju, bo przecież jest na plaży i grzeje jak skurwysyn, a on powiedział, że nie, bo przyszedł się tu napić zimnego piwka Oo
natomiast dzisiaj już normalnie śniło mi się, że byłam na plaży nad morzem (polskim chyba). widziałam się z perspektywy trzeciej osoby. byłam ubrana w szarą koszulke na ramiączkach i szorty moje granatowe, miałam włosy zafarbowane na brązowo i spięte jakoś dziwnie do tyłu. łaziłam bez sensu wszędzie, kręciłam się ogólnie po tej plaży.
na plaży obywał się też jakiś event w stylu viva plażuje, czy inny rmf, było boisko do siatki, jakieś budy, pełno ludzi, muza itpy. była jakaś prezenterka, michał był, nasza kobieta z języka angielskiego i jacyś ludzie, ale nie pamiętam kto. potem podszedł do mnie jakiś anonimowy ksiądz i spytałam się, czy nie jest mu gorąco w tym stroju, bo przecież jest na plaży i grzeje jak skurwysyn, a on powiedział, że nie, bo przyszedł się tu napić zimnego piwka Oo
środa, 4 lutego 2009
4 II 2009
Autor:
AN
Miałem sen.
We snie znajdowalem sie w parku albo duzym ogrodzie - wygladal dosc dziko. Znajdowal sie tam staw, srodkiem biegla dosc szeroka grobla. Byl sloneczny dzien. Towarzyszyla mi malutka azjatycka kobieta - po trzydziestce - i bialy mezczyzna - jej przewodnik.
W ktoryms momencie u wylotu grobli spostrzeglem siedzacego lamparta. Przykucnalem, zeby mnie nie zobaczyl i powiedzialem o nim dwojce moich towarzyszy - przy okazji chyba zastanawialem sie, czy cos nam zrobi. Przewodnik odpowiedzial, ze chyba bede mial pierwszy okazje sie o tym przekonac.
W tym momencie owionelo mnie cos cieplego - jego oddech - i poczulem szorstki jezyk na policzku. Kiedy sie podnioslem, lampart uwiesil sie na mnie przednimi lapami i dalej mnie lize. Zaczalem go glaskac - mial najmieksze futro jakie mozna sobie wyobrazic. Jednoczesnie zastanawialem sie, kiedy odgryzie mi glowe.
(Wybaczcie brak polskich znakow, pisze z baaardzo dziwnego komputera.)
We snie znajdowalem sie w parku albo duzym ogrodzie - wygladal dosc dziko. Znajdowal sie tam staw, srodkiem biegla dosc szeroka grobla. Byl sloneczny dzien. Towarzyszyla mi malutka azjatycka kobieta - po trzydziestce - i bialy mezczyzna - jej przewodnik.
W ktoryms momencie u wylotu grobli spostrzeglem siedzacego lamparta. Przykucnalem, zeby mnie nie zobaczyl i powiedzialem o nim dwojce moich towarzyszy - przy okazji chyba zastanawialem sie, czy cos nam zrobi. Przewodnik odpowiedzial, ze chyba bede mial pierwszy okazje sie o tym przekonac.
W tym momencie owionelo mnie cos cieplego - jego oddech - i poczulem szorstki jezyk na policzku. Kiedy sie podnioslem, lampart uwiesil sie na mnie przednimi lapami i dalej mnie lize. Zaczalem go glaskac - mial najmieksze futro jakie mozna sobie wyobrazic. Jednoczesnie zastanawialem sie, kiedy odgryzie mi glowe.
(Wybaczcie brak polskich znakow, pisze z baaardzo dziwnego komputera.)
Subskrybuj:
Posty (Atom)