We śnie jestem Harrisonem Fordem. Gram w jakimś filmie z (chyba) Julią Roberts. Poza nami dwojgiem nie ma jednak ani reżysera, ani żadnej ekipy. Nic. Zmierzcha. Znajdujemy się na rozległym, pagórkowatym polu, porośniętym wysoką trawą. Stoi tam rusztowanie jakiego używa się na budowach.
W którymś momencie perpektywa się rozmywa - jestem niby ciągle Harrisonem, ale sytuację obserwuję całkiem z zewnątrz. Ford jest, jak się zdaje, pijany, zatacza się i przewraca koło rusztowania. Julia wspina się na nie, i stamtąd mówi mu, że dopóki będzie w takim stanie, ona nie będzie z nim pracować. Powoli zaczynam się wspinać na najbliższe wzgórze, jednocześnie robi się jasno. Na wzgórzu znajdują się krzewy róż. Podchodze do nich i wyciągam rękę, a wtedy zbliża się do mnie wielka czarna pantera. Kładzie łapę na moim wyciągniętym w przód przedramieniu i łasi się. Zastygam przestraszony, widzę bowiem, jakie ma potężne pazury. Kawałek dalej stoi niska drewniana chatka o płaskim dachu - wychodzi z niej jakiś mężczyzna i mówi, żebym się nie bał.
środa, 10 czerwca 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz