poniedziałek, 16 marca 2009

16 III 2008

Lecę samolotem do Rumunii. Na mapie ma ona wygląd Ukrainy, ale znajduje się tam gdzie Rumunia - trochę na południu. Lecę gdzieś nad Krym, który jest jakąś wielką metropolią. Lecę tam ogromnym samolotem i podróż trwa dłużej niż do Londynu, co strasznie mnie dziwi. Na dodatek lecę tam z Ania S. A stewardessy podają wódkę w butelkach 0,25, na tacach.
Kiedy tam dolatuję, jestem z Pauliną w górach rumuńskich. Idzie z nami ktoś jeszcze. Myślimy jak wrócić do Polski. Myślę, że świetną przygodą byłoby wziąć pociąg. Wsiadamy do jakiegoś pociągu i jedziemy. To wagony z kuszetkami. Siedzę na jednym z lóżek, Paulina po drugiej stronie i oglądamy góry za oknami pociągu. Ten ktoś 3 śpi w lóżku na dole. Potem idziemy przez las, jest dużo śniegu. Znajdujemy cmentarz. I jakiegoś faceta, który chyba chce nas zabić, ale udaje, że wcale nie. Kiedy pytam się go o najbliższą wioskę, mówi, że żadnej nie ma. Potem za nim idę i zaraz za cmentarzem jest wioska. Jest tam pole namiotowe. Namioty różnych kształtów są poprzykrywane jakimiś płachtami, jakby były nieczynne. Wchodze do baru i pytam się człowieka, czy można tu rozbić namiot. Mówi, że nie bo nieczynne i jedzenia też nam nie sprzedadzą. Wyciągam mapę i pytam sie go gdie jest najbliższa stacja kolejowa, bo chce wrócić do Polski. Mówi, że nigdzie nie ma torów. Dziwię się, bo przed chwilą jechałem pociągiem. Wracam o moich towarzyszy i próbujemy ustalić, gdzie w takim razie jesteśmy. Znajdujemy, zaraz nad Krymem, kawałek torów, prowadzący znikąd - nigdzie.

0 komentarze: