poniedziałek, 23 lutego 2009

23 II 2009

Idę przez dworzec w Bytomiu. Nie wygląda jak prawdziwy, ale znam tę budowlę z innych snów. Mroczne perony, podziemia, kiedy nimi idę jestem pewien, że na górze pociągi mają parowe lokomotywy.
Potem idę przez sam Bytom, ale wygląda trochę jak Gliwice (koło biedronki) a potem zupełnie jak ulica Plebiscytowa w Kato, od Katedry w dół. W końcu skręcam w "Dąbrowskiego", ale to strasznie ponura okolica. Wchodze do mieszkania.
W mieszkaniu jest mój dziadek i babcia, która nie żyje, i jacyś goście chyba też moja mama. Przez chwilę słucham audycji starym radiu, przekazu z sejmu. Słyszę głos ministra Rostowskiego, który grzmi: "gdzie jest władza lokalna?! Gdzie są samorządy? Tylko od nich zależy czy wyjdziemy z kryzysu! A przede wszystkim gdzie jest Autonomia Śląska?!" Po tym ostatnim zapadła w radiu straszna cisza, a potem posłowie zaczęli krzyczeć i gwizdać. Nie słuchałem dalej.
W tym mieszkaniu, w kuchni lub łazience jest kawałek urwanej tapety. Deklaruję się, że pójdę kupić nową, bo sklep jest blisko.
Zbiegam po obskurnej klatce schodowej, która owija się wokół windy. Na jednym półpiętrze jest jakiś chłopak, ale tylko przyśpieszam, bo boję się że chce mnie okraść. Słyszę potem, że za mną krzyczy, ale nie zatrzymuję się.
Szybko wchodzę do sklepu, znów na Plebiscytowej. Kobieta, która go prowadzi, ma już tam tylko skromne stanowisko, kawałek ściany, resztę zajmuje inny sklep. Żali mi się, że podnieśli jej czynsz trzykrotnie. Widzę, że już w ogóle nie ma tapet.
Wchodzi ten chłopak z klatki schodowej. Mówi mi, że coś zgubiłem i daje mi monetę 2 euro, a ja wiem, że dostałem ją kiedyś od kogoś na szczęście, że jest ważna.

Potem była część snu zupełnie inna w postrzeganiu, bo patrzyłem z zewnątrz, ale to co się działo było dla mnie jak film, czułem się jakby nie pochodziło "ze mnie" jak jest normalnie ze snami, ale jakby przyszło z innego miejsca. Nie pierwszy raz mam coś takiego. Zawsze wtedy postaci zachowują się zaskakująco ich dialogi są bardzo żywe, nierzadko ironiczne i śmieszne. Niegdy nie jestem w stanie oddać ich brzmienia a jedynie sens. Tak jest i teraz.

Był to proces. Oskarżona była rodzina reprezentowana przez kobietę. W zasadzie to oskarżony był jej mąż, ale go nie było. Oprócz tego była sędzina i prawnik. Ten prawnik popadł w niełaskę i musiał mieszkać w dzielnicy biedoty (chodziło o okolicę mieszkania z pierwszej części snu). Wcześniej urzędował na pocztowej i widać było, że nie zdążył jeszcze zmienić swojej wizytówki. Twarz miał lekko poobijaną, jakby ktoś z miejscowych już go dopadł.
Sędzina w pewnym momencie orzekła, że sprawa zostaje "umorzona", co znaczyło tyle, że wina została potwierdzona i teraz oskarżeni muszą trafić pod kuratele prawnika, który zrobi z nimi porządek. Sędzina powiedziałą na głos, że bedzie musiała wysłać ją do centrum, a dokładniej na pocztową ileśtam (co było starym adresem tego prawnika). Spytała się nagłos do kogo może ona tam trafić. Prawnik odpowiedział, że do niego bo znów się tam przeprowadza (ta sprawa mu to jakby załatwiła).
Była to bardzo zła sytuacja, bo on wykorzystał złą sytuację rodziny i zwalił na nich winę, żeby móc wrócić na stanowisko, a przez to stać się ich "organem sprawiedliwości" bo trafią pod jego kuratelę.
Kobieta podeszła do niego złapała go za krawat i z mocą przydusiła po ścianę. Palnęła świetną mowę ale chodziło o to, żę żałuje, że prawnik nie był bogatszy w chwilach swojej największej biedy i gdyby wiedziałą że tak się to skońćzy to sama pożyczyła by mu 2 złote, żeby ci co mu poobijali twarz, zabili go dla tych pieniędzy.

0 komentarze: