poniedziałek, 16 lutego 2009

16 II 2009

Śniło mi się, że świat miał się skończyć. Życie, to była tylko taka gra, po której wszyscy rozjeżdżali się do domów. Prawie nikogo już nie było. Chodziłem po mieście i choć był dzień to wszędzie było ciemno bo zgaszono już światła. Rzeczywistość jakoś się rozjechała, a mi ciągle zostało coś jeszcze do zrobienia, nie chciałem wyjechać, a może nie umiałem.
Na placu przed katedra ktoś otworzył nawet, na te ostatnie kilkanaście minut, bar dla odjeżdżających ludzi. A mi coś ciągle mówiło, że muszę zostać.
Spotkałem mamę Natalii (nie Natalki). Jechała z 2 młodszych dzieci i chyba babcią. Mieli szofera. Mówili, że jadą na wakacje, ale ja wiedziałem, że odjeżdżają bo to już koniec. Podwieźli mnie kawałek, ale potem wysiadłem. Miałem ze sobą plecak naszykowany też do odjazdu. Wydaje mi się, że szukałem znaku, czegoś co pozwoli temu zapobiec, jakiegoś odwołania w ostatniej chwili.
Kilka razy się budziłem, ale zmuszałem się, żeby zasnąć na nowo, bo byłem ciekaw co się stanie jak wszystko się już skończy. Nie udało mi się. Budzik w końcu mi na to nie pozwolił.
EDIT:
Byłbym zapomniał, znów miałem napad paraliżu sennego. Tym razem nie byłem przekonany, że Szatan śpi na lóżku obok (być może dlatego, że to ja na nim spałem...). Obudziłem się w nocy nie mogąc oddychać - cała moja głowa była jakby zaciśnięta w imadle. Nie potrafiłem się w żaden sposób zmusić do wzięcia oddechu, ani otworzenia ust, moje szczęki były zaciśnięte, jakby coś je trzymało. Bałem się, że się uduszę.
Przypomniało mi się, że jak na człowieka "siada Zmora" to trzeba ją "zrzucić" czyli obrócić się na bok. Spróbowałem najpierw było ciężko, moje ruchy były strasznie wolne, wszystko było ciężkie. Ale udało się. No cóż, łatwiej wrócić do władania nogami i rękami niż przeponą.
To podobno jest dziedziczne.

0 komentarze: