poniedziałek, 29 września 2008

29 IX 2008

Wiem, że w pewnym sensie to była jedna i ta sama historia.

Najpierw byłem na próbie jakiegoś teatru. W sztuce grały 2 bliźniaczki i Piotr Fronczewski ubrany w prochowiec. Próba dobiegła końca i ludzie siedzący na widowni zaczęli wymyślać nazwy dla przedstawienia, a były to nazwy dość wymyślne.
Potem byłem na jakiejś polanie koło lasu - trawa była mega zielona, jak zaraz po deszczu. Byli tam ludzie z Bieszczad. Chciałem poskładać swój namiot (niebieski) ale A, ciągle spał. Wszyscy inni już się zbierali.
Potem gdzieś jechałem. Najpierw autobusem, a potem pociągiem, ale miałem wrażenie, jakby to była komunikacja podmiejska. W tym autobusie przede mną siedziało 2 chłopaków, którzy brali jakieś białe tabletki. Dali mi też jedną - smakowała jak aspiryna. Potem usłyszałem, że mówią, że to benzedryna, wiec tego nie połknąłem. Ale było mi po tym przyjemnie ciepło i ogólnie dobrze.
Wysiadłem na stacji. Była tam Pa. i Kasia Z. Stacja wyglądała jak hol Pałacu Młodzieży - tyle, że te ławy były za szybami - siedziały tam ekspedientki i sprzedawały bilety, Kasia wlazła za taką jedną szybę, żeby spokojnie porozmawiać przez telefon, bo było głośno.
Wyszedłem gdzieś - polną drogą na skraj lasu. Były tam znaki "zakaz wjazdu" z człowiekiem w środku. Nie przejąłem się tym. Na leśnej drodze pełno było malutkich kotków, które kiedy wiał mocny wiatr zamieniały się w puch i odlatywały. Szedłem za takim jednym kotkiem, aż doszedłem do polany. Nagle zauważyłem, że po jej przeciwnej stronie stoi Człowiek z Cro-Magnon. Wystraszyłem się potwornie i zacząłem uciekać. Na tej polnej drodze czaił się lew, ale ubrani na czarno ludzie spokojnie go omijali - ja dalej uciekałem biegiem. Nagle zadzwoniła mi komórka - to dziewczyna, z którą oglądałem te koty pyta się mnie czy mogę wysiąść na przystanku na Okrzei. W sumie mógłbym bo jestem blisko ale nie wiem jak jej to wytłumaczyć, bo czuję, że to nie ta rzeczywistość.

niedziela, 28 września 2008

28 IX 2008

Pamiętam tylko jedną scenę, ale warta jest wspomnienia, bo formuła snu była niecodzienna.
Śniłem sobie normalnie, a potem śniło mi się, że się obudziłem. Było to tak realistyczne, że w tym drugim śnie opowiadaliśmy sobie z Pa. i Kar. co nam się śniło. Potem odwróciłem się i gdzieś szedłem - ktoś się mnie spytał jak tam z moją dziewczyną, na co ja odpowiedziałem, że dalej popieram Wałęsę i że gość ma rację.
Ach ta senna logika.

wtorek, 23 września 2008

23 IX 2008

To co zostało mi w pamięci z dość pogiętych snów tej nocy:
1.
Mam gdzieś uciekać/przeprowadzać się. Jestem z moją mamą (choć nie jestem pewien czy to ta sama osoba co w rzeczywistości). Jesteśmy w dzielnicy ruin (jak zwykle :P). Wiem, że zbieramy się pod presją. Zostawiamy ludzi, którzy na nas czekają na ulicy i wchodzimy na podwórko kamienicy (które wygląda jak takie jedno na przeciwko wylotu Sienkiewicza). Kamienica jest opuszczona- drzwi i okna są zabite, bo ludzie się tam wkradali. Mama wyciąga klucz i otwiera takie małe drzwiczki do piwnicy - mówi, że zrobili to specjalnie, bo kto chcąc dostać się do budynku wkradałby się do piwnicy. Jest z nami 3 osoba, nie pamiętam kto. Mama mówi, przy wchodzeniu, żebyśmy nie śpiewali głośno szant, bo nie usłyszymy, gdy ktoś będzie się zbliżać. Kamienica jest ogromna - klatka schodowa jest potwornie zdobiona, ogromne drzwi, prowadzą do ogromnych mieszkań. Wiem, że to jedna z wielu naszych nieruchomości, które popadły w ruinę, czuję się trochę jak Łęcki z Lalki. Taka biedna szlachta, która nadrabia zachowaniem. Mama tłumaczy mi i tej osobie, czemu na klatkach są podwójne drzwi (jedno mieszkanie na piętro - drzwi ogromne 4 skrzydłowe - "Podczas szczególnych świąt zamykało się brzydkie zewnętrzne drzwi, a te ładne wewnętrzne otwierano, tak, żeby wyglądały wewnątrz jak ozdoba".
Wchodzimy na najwyższe piętro, gdzie zbieramy z podłogi jakieś rupiecie i pakujemy do plecaków. Podchodzę do przeszklonej ściany, w dole widzę ludzi stojących przy autach, czekających na nas.
2.
Jestem ze znajomymi na wyprawie - zupełnie jak w Bieszczadach. Jest tam 6 osób. Coś jem w jakiejś chacie, a potem wychodzę z 3 innymi osobami i pakujemy plecaki na pakę samochodu dostawczego, który przyjechał po nas do tego lasu. Coś się dzieje. Jakiś czas później orientujemy się, że brakuje paru osób. Pewnej pary - nie pamiętam kogo. Szukamy ich wszędzie i długo. Rozmawiam z Pa. kiedy ich ostatnio widziała, podchodzi Mateusz K. Pyta się jej jak jej się podoba, potem gdzie jest jej aparat. Mówi, że zostawiła go w schronisku do ładowania. Widać, że coś kręci, Mateusz naciska - to znaczy gdzie, musimy coś zobaczyć, Pa. się jąka, coś kręci. Biorę jej paszportówkę, w której czuję aparat i podaję ją Mateuszowi. Zaczyna oglądać zdjęcia, pokazuje mi je.
Są wykonane nocą pokazują parę osób, które trzymają mnóstwo baloników z helem, Jest tam też ta para (i chyba Maciek S. z klasy). Kiedy zrzucają plecaki unoszą się i porywa sich wiatr. W pewnym momencie para spada i rozbijają się w jakiejś dolinie.
Już wiemy co się z nimi stało.
3. Biorę udział w jakimś larpie na Jurze, w miejscu w którym nigdy wcześniej nie byłem, choć przypomina trochę Ojców (i miejsce akcji poprzedniego wyrywka). Zaczyna się dziać główna akcja- ludzie latają jak szaleni, żeby załatwiać coś ważnego. Zatrzymuję się w połowie drogi i myślę, że wiedziałem, że tak będzie, dlatego poszedłem krok dalej - w swoim namiocie mam ważne rekwizyty, żeby uzyskać coś ważnego - dzięki temu cała ta bieganina innych zda się na nic. Zawracam i dochodzę do namiotu. Widok zmienia się - wygląda trochę jak gra z Atari jakiś pacman. Coś mnie zjada, świecę się kolorowo i ginę. Widok normalny - mistrz gry mówi mi, że nie żyję. Budzę się.
Jestem wkurzony, bo choć raz chciałem wygrać. Zamykam oczy i wracam do snu. Kieruję palec na Mistrza, a potem na kolejne osoby, które blokują mi drogę, mówiąc przy tym "Nie ma cie, i ciebie, i ciebie". Znikają. Mogę swobodnie zrobić to co chciałem.

środa, 17 września 2008

18 IX 2008

Śniło mi się, że do mojego domu przypałętał się kotek. Był jeszcze mały (choć fizycznie większy od przeciętnego kota), cały rudy, a kiedy robiłem mu zdjęcia, zeby wrzucić na nasza-klasę, robił siad i patrzył wzrokiem Kota w Butach ze "Shreka". W tym śnie rodzice pozwolili mi go zatrzymać i wszystko było cudnie. A potem się obudziłem;(

wtorek, 9 września 2008

8 IX 2008

Dwuczęściowy sen.
Najpierw siedzę z siostrą w salonie, jest noc, oglądamy wspólnie Monty Pythona. Moi rodzice gdzieś wyjechali. Przypominam sobie, że I. jest na drugim piętrze, idę więc na górę, żeby ją sprowadzić.
Przeskok. Moich rodziców nadal nie ma, ale bardziej permanentnie (umarli? wyjechali?). Razem z siostrą prowadzę zakład krawiecki. Przychodzi do nas kobieta z dziewczynką, córką. Mamy przerobić jakąś torebkę na sukienkę dla małej. Podczas przymierzania sukienki (która nagle jest już zrobiona) zauważam, że nogi dziewczynki są całe pokryte drobnymi rozcięciami, tu i ówdzie porastają je dość długie, czarne włosy. Okazuje się, że matka próbowała ogolić nogi córce, ale jej nie poszło za bardzo (o_O). W tym śnie mam dar uzdrawiania. Biorę więc dziewczynkę za rękę i próbuję go użyć. Całe otoczenie odpływa, otacza nas ciemność, a z pomiędzy moich dłoni (w których trzymam dłoń dziewczynki) wydobywa się słaba, czerwona poświata. Okazuje się, że dziewczynka ma taki sam dar. Mówię coś na temat tej zdolności (nie pamiętam co), na co ona odpowiada: "To wcale nie jest dar, a ja nie umrę."
Druga część nie jest powiązana z pierwszą. Ścigam tam człowieka, który w alternatywnej rzeczywistości zabił moją żonę (w "podstawowej" dla mnie rzeczywistości ona wciąż żyje). W końcu go odnajduję, rozmawiamy, nie pamiętam, co się dalej dzieje. Później idę nocą samotnie przez Kraków pokryty śniegiem, któy zresztą cały czas pada. Uświadamiam sobie, że nie mam do czego wracać - przez ciągłe przeskoki zostałem zapomniany przez wszystkich. Przypominam sobie (albo może widzę) fragment wiadomości telewizyjnych, w którym mowa jest o odnalezieniu ciała mordercy (chyba więc ostatecznie go zabiłem), który miał przy sobie wezwanie do zapłacenia 530 zł, napisane przez niezidentyfikowanego człowieka (mnie). Zdaję sobie sprawę, że to jedyny dowód mojego istnienia. Później myślę sobie, że przecież są wszystkie moje dokumenty i papiery złożone na studia, ale cały czas mam świadomość, że one są nieważne i tak naprawdę jestem teraz całkowicie osamotniony.

piątek, 5 września 2008

5 IX 2008

Jestem w Paryżu z moim ojcem i bratem. Przyjechałem do nich. Jesteśmy na jakimś placu zabaw. Mój ojciec zaczyna sugerować, że na pewno mam dla brata jakiś prezent. Mówię mu, tak, żeby mały nie słyszał, że nic nie mam. Ojciec proponuje, żebyśmy się "wymienili prezentami" - bo ja mu wcześniej sprawiłem prezent, więc on mi da kasę na prezent dla brata. Przystaję na to. Ruszamy w drogę.
Chcemy się gdzieś dostać - na drugi koniec miasta - da się tam pójść "górą". Wchodzimy na jakąś wieżę, czy też wysokie piętro kamienicy. W dole widać ulicę. Podchodzę do ściany i schylam się - w dolnej części jest zrobiona nie z cegieł - ale z nakładających się na siebie tkanin - tworzą śluzę. Wiem, że już tędy przechodziłem - pamiętam, że na zewnątrz jest metalowe rusztowanie, które łączy poszczególne budynki w siatkę - dzięki temu można poruszać się oszczędzając sporo czasu.
Puszczam przodem brata i tatę. Nie jesteśmy tam jedyni - za nami stoją 2 kobiety, z czego jedna jest zakonnicą. Kiedy ja mam przechodzić jedna noga wpada mi w sporych rozmiarów dziurę w podłodze. Ratuję się jedynie dzięki siostrze zakonnej i tego, że schwyciłem się zasłon. Chcę iść dalej, ale ręce tak mi się trzęsą, po tym wypadku, że rezygnuje.
Wracam do pomieszczenia i siadam na jakiejś wysokiej skrzyni. Orientuje się że to jest sklep. Liczę pieniądze - mam coś ponad 2 zł. Biorę monetę 2zł i chcę iść kupić coś, co wygląda jak cegła, nagle sporo ludzi wchodzi, robi się kolejka, rezygnuję.
Schodzę na dół i jestem w Katowicach na ul. Jagiellońskiej. Idę na Francuską i tuż za rogiem znajduję zgrzewki puszek Pepsi. Biorę jedną i wracam na Jagiellońską. Spotykam tam Asu, ona też chce pepsi. Wracamy do puszek, ale zamiast nich są tam ustawione czerwone cegły. Odwracamy się w stronę ulicy i okazuje się, że na chodnikach, po obu jej stronach jest mnóstwo ludzi. Ci po przeciwnej stroni są w historycznych/fantasy strojach (wojowników, mają tarcze). Niektórzy się zastanawiają co się dzieje. Asu mówi, że to może być coś w rodzaju chrztu jak na koloniach i po chwili, kapitan tej drużyny mówi, że kto chce może się zgłosić do chrztu.
Chcemy z Asu stamtąd odejść. Słyszymy, że jest podziemny skrót. Przechodzimy na drugą stronę, tam gdzie cmentarz, i schodzimy do podziemnej toalety. Pamiętam, że na ścianach, gdzieniegdzie są niebieskie płytki. Przejście do tunelu jest z męskiej ubikacji - jedna kabina okazuje się nie być kabiną a wejściem do tunelu. Idziemy tam (Asu czeka, aż ubikacja będzie pusta).
Kiedy idziemy tunelem orientuje się, że po prawej stronie jest wnęka. Wchodzę tam - okazuje się, że to coś jak szatnia. Pełno jest tam ludzi obojga płci. Asu do mnie dołącza. Ludzie, którzy idą tym tunelem, zdają się nie widzieć tego miejsca.
Stwierdzam, że muszę znaleźć toaletę - z potrzeby - zaczynam otwierać szafki - bo są dość spore i podejrzewam, że w niektórych mogą być toalety. Jednak nie trafiam na żadną - w jednej z szafek znajduję jakiś dziwny dysk - dyskietkę podpisana "Technika międzygwiezdnych podróży miejskich", czy jakoś tak. Niewiele myśląc pakuję ją do kieszeni, podejrzewam, że miejsce do którego trafiłem, kryje jakąś tajemnice.
Asu znów jest koło mnie znajduje nas starszy mężczyzna, który pyta się kim jesteśmy - nazywa nas mieszkańcami powierzchni. Mówi, że Oni mieszkają pod ziemią, w miastach, że to gdzie jesteśmy to punkt styku. Podchodzimy do jednej z szafek i teraz już wiem, że jest ona jakimś rodzajem wielkiej księgi. W górnej części ma jakiś wzór, który zmienia się w zależności od myśli. Próbujemy z Asu zmusić księgę żeby się otwarła - nie udaje nam się. Pomaga ten starszy facet - dzięki jego myślom wzór się ustawia, księga wysuwa i ląduje na ławeczce. Facet mówi nam, że to jedyny egzemplarz księgi - książki historyczne są tylko pojedyncze, bo ich historia jest tak długa, że nie starczyło by miejsca. Ta książka to historia jakiegoś generała, który prowadził ogromne wojny.

5.09

Chodziłam po jakimś mieście, prawdopodobnie była to warszawa. Padał deszcz. W mojej wędrówce zagalopowałam się tak, że doszłam do jakiejś dzielnicy domków jednorodzinnych, które były za miastem. Gdy szłam jedyną droga prowadzącą do tych domków wyprzedził mnie duży reno jakiśtam, którym jeździła mama mojej koleżanki ( wroga) z podstawówki ( w rzeczywistości i w śnie). Zatrzymała się i powiedziała, że mnie podwiezie, bo pada. Potem znalazłam się w jej domu. Siedziałam na kanapie w przedpokoju, właściwie holu. Na przeciwko kanapy były drzwi wejściowe. Przyszła do mnie Małgosia młodsza siostra Patrycji ( tego wroga z podstawowki) pytałam się jej jak się jej podoba w szkole i z nia rozmawiałam. Potem drzwi się otworzyły i weszła najpierw Dominika( koleżanka z podst) i w ogóle mnie nie zauważyła, tylko poszła dalej, a za nią Patrycja ( wróg z podst) która po jakimś czasie mnie zauważyła i powiedziała mi "cześć". ja bardzo chciałam się dowiedziec gdzie Dominika idzie na studia, ale nie zauważyła mnie i w ogóle pobiegła szybko więc zrezygnowałam z zaagadywania jej. Mama Patrycji przyszła i powiedziała, że w kuchni na stole jest zupa dla mnie, a ja uparcie siedziałam na tej kanapie. Potem zauważyłam, że Dominika z Patrycja zeszły na dół i jadły moją zupę. Dominika rozgniatała w niej widelcem bułkę (Oo).
Potem akcja się przeniosła na boisko. W jakiejś hali sportowej grałam w ręczną, bo wkurzyłam się, że polska przegrywa z islandia, więc chciałam jej pomóc. Generalnie gra szła mi super. Strzelałam dużo goli, mimo tego polska nadal przegrywała. Były tez takie akcje, że ja przechwytywałam piłkę od przeciwników, a moja drużyna się patrzyła zamiast przyjść mi pomóc. BYła też akcja, że ktoś wziął piłkę do kosza do gry, a ja mówiłam, że tego sie nie da złapać w jedną reke. Była też akcja, że na drugim koncu boiska przechwyciła piłkę i ruszyłam z atakiem na bramke, ale ktos caly czas wisiał mi na plecach a sedzie nie gwizdał faulu, miimo to szczeliłam golaPotem nagle zaczełam sie zastanawiać dlaczego gram z facetami, że na olimpiadzie nie ma czegoś takiego ( był to w ogole świadomy sen, bo skapłam się, że tak nei moze byc, a potem zaczełąm kombinowac jak to zrobić,żeby ten sen był normalny), zaczełam wiec wymyślać, najpierw ze jestem kobieta ktora zmienila plec. potem ze to jest poprostu zgrupowanie, jakis oboz, wiec gram sobie z chlopakami.