sobota, 31 maja 2008

31.05.08

jest wieczór. jadę z mamą samochodem, wracamy chyba do domu z jakiegoś wyjazdu. siedzę na tylnym siedzeniu, gdzie mam rozstawioną sztalugę i rysuję. obok mnie na siedzeniu leży koszyk z jedzeniem. mama prosi żebym podała jej jakąś kanapkę, bo zgłodniała. wyciągam kanapkę i przypadkiem natrafiam na ciasteczka (delicje i jeszcze jakieś krakersy z czekoladą). wcześniej nie zerkałam przezornie nawet w stronę tego kosza. myślę sobie, że napewno jest już po 18, więc nie mogę zjeść tych ciastek. czeka mnie jednak jeszcze dużo roboty z tym rysowaniem, więc stwierdzam, że potrzebuję troche energii, bo nie zdążę nic zrobić. waham sie, w końcu zjadam jedno, potem drugie, aż w końcu opróżniam całą zawartość koszyka. koniec. sen był tak chujowo realistyczny, że budzę się wściekła zastanawiając czy faktycznie zeżarłam wczoraj tyle gówna.

piątek, 30 maja 2008

30.05.08

sen składał się z trzech części.
1. jestem u hartla w sosnowcu, razem z całą grupą stoimy przed drzwiami wejściowymi, które są zamknięte (one nigdy nie są zamknięte). co dzwine, furtka na podwórko przez którą weszliśmy była otwarta (w rzeczywistości również jest; tam jest zawsze wszystko otwarte. prócz okien==). w śnie jednak zamiast zadzwonić do drzwi, czekamy aż sam nam otworzy. wydaje mi się, że byli tam wszyscy z grupy. rozmawiam chwilę z mateuszem i karoliną, którzy stoją najbliżej mnie. nagle zauważam jakąś nową twarz. dziewczyna (ma ciemne włosy i czarną koszulke, więcej nie umiem określić) mówi, że jest tu nowa i chciałaby się zapisać na lekcje, pyta nas o której zacznają się zajęcia. wygląda na zdyganą. mówimy jej, że juz powinny się zacząć i nie wiemy co się dzieje, ale hartel to bardzo miły i uprzejmy człowiek, więc nie ma sie czego obawiać. czyli walimy ścieme równo xD
2. idę z oktawem ulicą, która przypomina tą droge, którą jedzie sie do matka na kostuchne (idziemy poboczem bo tam nie ma chodnika). nagle robi się ciemno i zaczyna lać deszcz. leje fest, ale nadal idziemy. ponieważ oboje mieliśmy na głowach czapki (takie z daszkiem sportowe), to jak na logikę przystało, z uwagi że zaczeło padać - zdejmujemy je. zatrzymujemy się na przystanku autobusowym, ale jest to tylko taki pachołek z rozkładem, żadnego daszka. jesteśmy kompletnie mokrzy, ale stoimy tam sobie dość długo. nadal leje, po raz kolejny jak na logikę przystało - wyciągam aparat fotograficzny. zastanawiam się przez chwilę, czy robić zdjęcia z lampą czy bez.
3. jesteśmy z alą w indiach na jakimś kursie podobnym do tego w londynie. mieszkamy u kobiety przypominającej panią gordon, jest ona jednak hinduską. siedzimy w jej kuchni, która jest urządzona w bardzo jasne kolory. pamietam dokładnie kazdy detal tej kuchni, ale nie bede zanudzać. ważne, że pośrodku stoi bardzo długi drewniany stół przykryty białym obrusem (ale nie takim świątecznym, tylko zwykłym). dookoła stołu stoją drewniane ławy do siedzenia. ja siedzę na stole i rozmawiam z hinduską wersją pani gordon po angielsku. ala stoi obok, nie odzywa się. mówię dość długo (po angielsku!), ale nie pamiętam na jaki temat. chyba kościoła w polsce xD

30 V 2008

Poruszałem się po leśnych dróżkach na desce snowboardowej (nie ma pojęcia jak...). Je pewnym momencie dotarłem do sporego piaskowego urwiska. Było tam paru ludzi, którzy na nim zjeżdżali. Ja ściągnąłem deskę i zacząłem schodzić, bo wydawało mi się to dla mnie za trudne. W pewnym momencie zdecydowałem się jednak jechać. Usiadłem, żeby założyć deskę, kiedy pojawił się mój tata z jakąś kobieta - snowboarderką. Pokazała mi - w jakimś rodzaju wizji - drzewo przy drodze (stare, poczerniałe, z dwoma idącymi w górę konarami) i powiedziała, że jeżeli chcę mieć pewność bezpieczeństwa, to żebym za każdym razem zakładał na nie swój medalion (chyba chodziło o cokolwiek ode mnie). To miało gwarantować bezpieczeństwo, bo będę musiał po niego wrócić.

czwartek, 29 maja 2008

29 V 2008

Idę razem z babcią i 2 innymi osobami z mojej rodziny do Chorzowa. Wchodzimy na "rynek" tak jak jadą samochody. Na ziemi pojawia się mnóstwo wody, trzeba skakać po cegłach, żeby dostać się do budki z lodami. Moja babcia chce nam kupić lody, ale kobieta w budce narzeka, że wszystkie maszyny nie działają i jedyne lody jakie jej zostały to taka zwykła litrowa algida. Moja babcia odchodzi, a ja przekonuję kobietę, żeby dała nam do rożków chociaż po jednej gałce algidy. Mówi, że wtedy to wyjdzie nam nieopłacalnie. Proponuję że zapłacę jej 80 gr za rożek, czyli razem 4 zł (czyli chyba była nas tam 5.
Koniec

środa, 28 maja 2008

28 V 2008

Sen był strasznie chaotyczny, ale chyba było to związane z samą jego treścią.
Po prostu wraz z paroma osobami przemieszczałem się po różnych wymiarach - spotykałem te same osoby, a jednak zupełnie inne, były też podróże w czasie.
Pamiętam podróż autobusem po Warszawie z moim tatą. Warszawa była strasznie nowoczesna - oplątana wielopoziomowymi autostradami wznoszącymi się wysoko ponad miasto.
Pamiętam, że wraz z moją mamą i innymi ludźmi uciekaliśmy jakimś korytarzem, przy dźwięku syreny alarmowej, a ja mówiłem jej, że jeśli włączy się w to wojsko, to ja uciekam, bo nie mam do nich zaufania.
Były też sceny podróży - jakieś opuszczone budynki w których spotykałem Podróżników. To miejsce zawsze się zmieniało, w zależności od świata, ale otwierał je ten sam klucz. Ci ludzie byli jakoś dziwnie znajomi. Była tam na pewno jedna dziewczyna i jeden chłopak. Bali się chyba, że ktoś ich wykryje - cały czas byli przygotowani do ucieczki, kryli się w tych opuszczonych domach, zawsze uważnie badali miejsce gdzie mają się zatrzymać. Rzadko się spotykali - w jednej z końcowych scen żegnam się z nimi w domu mojej siostry. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś ich zobaczę. Potem jestem na jakimś boisku i oglądam mecz, chyba mojego brata. Tuż obok boiska przejeżdża tramwaj, a w środku widzę gdzieś pomiędzy ludźmi ich twarze. Pytam się mojej mamy, czy ich zna, a ona mówi, że to przecież przyjaciele, przyjechali tydzień temu - czyli przenieśli się w czasie, żeby ukryć się u mojej mamy.
Ja sam w tym śnie jestem raz biorącym udział w wydarzeniach aktualnej rzeczywistości, a czasem przenikam do ich środowiska, w czymś im pomagam, a oni mnie.
Światy były różne - od tej nowoczesnej Warszawy, przez rzeczywistość zagrożenia-wojny, aż do opuszczonych miast, pełnych zniszczenia i gruzów.

wtorek, 27 maja 2008

27 V 2008

Rano pamiętałem z tego snu o wiele więcej, niestety, nie miałem możliwości zapisania go. Teraz więc tylko okruchy:
przyjeżdżam do domu mojej babci i dziadka. We śnie jest to dom I., mamy iść do kina z jej babcią (na "Sierociniec"). Na dworze jest ciemno. Wchodzę do środka i na piętro, do salonu. Wszystkie światła są pogaszone, tylko telewizor jest włączony. Siadam na kanapie. Poza mną w domu znajduje się jeszcze kilkoro ludzi, przechodzą sobie co jakiś czas. Ktoś - zdaje się, że I. - przynosi dużą miskę pełną frytek. Początkowo mam opory, ale potem zaczynam się częstować.
Później jedziemy (I., jej babcia i ja) samochodem przez Sosnowiec, jest dzień, zatrzymujemy się koło Heliosa, wchodzimy do środka. Wnętrze przypomina moją podstawówkę. I. z babcią gdzieś znikają, ja w kasie kupuję bilety, potem znów je spotykam.

poniedziałek, 26 maja 2008

26.05.08

powróciłam i pierwsza w pełni przespana od 4 dni noc zaowocowała snem. otóż.
jestem na statku i żegluję po morzu. siedzę w kajucie nad pokaźnych rozmiarów miską ogórków konserwowych w zalewie i mieszam je wielką drewnianą łyżką. siedzę po turecku na niskim drewnianym taborecie, do okoła stoi jeszcze kilka takich taboretów, ale jestem w pomieszczeniu sama. okna wychodzą na pokład po którym krzątają się jacyś marynarze. co chwile do kajuty wchodzi jakiś facet (kapitan?) i pyta czy ogórki są już gotowe. ja nic nie odpowiadam, tylko dalej mieszam. facet próbuje ogórki, takim sposobem jakim sprawdza się czy zupa jest już dostatecznie słona po czym wychodzi. sytuacja powtarza się kilka razy.
następnie jestem nadal na tym statku i decyduję się wyjść. otwieram drzwi od kajuty i wychodzę na balkon (taki zwykły balkon z balustradą i metalową barierką jakie są w blokach). co robi taki balkon na statku nie mam pojęcia. stoję chwilę na tym balkonie i wołam do kogoś. patrzę z góry na chodzących po pokładzie ludzi, którzy machają do mnie, albo mówią coś i idą dalej.
potem wchodzę znów do kajuty, gdzie w miejscu mojej misy z ogórkami jest dziura wypełniona wodą. dziura jest chyba dość głęboka bo woda jest ciemna, a w pomieszczeniu jest jasno. stoję chwilę patrząc się w tą wodę po czym dochodzę do wniosku, że jak nie dostanę się na studia to pierdolę i zostaję marynarzem, bo to fajna sprawa. budzę się.

niedziela, 25 maja 2008

No, no....

Moi drodzy Blogowicze, szalejecie w tym miesiącu :). Widać szkoła działa negatywnie jeśli chodzi o zapamiętywanie snów.

25 V 2008

Siedzę z jakąś dziewczyną, na jej prośbę czytam wiersz z książki. Niesamowicie podoba jej się jak czytam. Orientuję się, że mogę go zapamiętać i zapisać jak się budzę. Sen się rozpływa i słowa uciekają z pamięci.
Przeskok.
Czytam od dawna jakąś książkę, dochodzę do zabawnego fragmentu chce go pokazać A. który jest niedaleko, a który zaczął czytać ją niedawno. Okazuje się, że już mnie dogonił.
Przeskok.
Chodzę z moimi siostrami po jakimś starym angielskim zamku-pałacu. Wszędzie są ochroniarze w śmiesznych jasnozielonych kombinezonach, albo samych tylko spodniach. Zwiedzamy stare komnaty i opuszczone korytarze.
Przeskok.
Jestem na jakimś ogromnym balu, chyba końca szkoły. Cała szkoła to jakiś ogromny pałac z trzema skrzydłami. Pomiędzy nimi, zamiast placu, rozciąga się kwadratowe jezioro. To chyba szkoła magii :D. Na samym środku tego jeziora, nad wodą, unosi się kamienny pomost. Limuzyny i samochody podjeżdżają do niego a niesamowicie pięknie ubrane pary wychodzą w prost na pomoc i spacerowym krokiem udają się do pałacu. Jest pełnia. Sam chodzę z moją towarzyszką po tym pomoście a potem po pałacu.
Potem znajduję się w sali balowej, koło kominka. Wszystko jest w złotym świetle. Ktoś wznosi toast, wzywając ludzi by wypili, jeśli wierzą. Parę osób w tym ja odkrzykują, że wierzą i wznoszą w górę puste kieliszki, które w sekundzie wypełniają się mocno musującym szampanem.
Mały przeskok. Idę jakimiś korytarzami, to wciąż ten bal. jest parę pokojów wyglądających jak rzymskie toalety, ludzie siedzą tam i normalnie rozmawiają. Spotykam tak strapionego kolegę.

22 V 2008

Idę gdzieś z plecakiem, ziemia jest rudawa, wszędzie pełno skał, czy gruzów. Po lewej stronie drogi duża pusta przestrzeń, po prawej jakieś budynki, bloki, w oddali chyba góry, przestrzeń ograniczona. Ktoś ze mną idzie, chyba Komac i Nosta. Szukamy miejsca na nocleg. Znajdujemy małe drewniane domki letniskowe. Potem wchodzimy do jednego z bloków, do opuszczonego mieszkania, nawet okna są wyrwane. W końcu znajdujemy jakiś parking z przyczepami. Jakiś gościu pokazuje nam osobowe auto, z którego w jakiś dziwny sposób rozkłada się namiot, wielkości sporego salonu z umeblowaniem.
Przeskok.
Stoję na tynku w Katowicach, tam gdzie wokół torów są klomby z kwiatkami. Tyle że ani torów, ani klombów nie ma bo wszędzie pełno wody na wysokość jakiś 2 metrów. Woda jest nieprzeźroczysta, mętna, ma jednolitą, ciemnozieloną barwę. Jest przyjemnie ciepła, ludzie w niej pływają, jakby to było całkiem normalne. Tuż koło mnie unosi się okrągła, drewniana konstrukcja. Przypomina kapelusz - to taki krąg z wyspą. W środku, na tym rondzie siedzi Nosta - to jej ławka.
Mały przeskok.
Idę spod Zenitu w stronę Rialta. Czuję, że powietrze jest dziwnie gęste. Zaczynam płynąć żabką w powietrzu, czuję ruch powietrza dokładnie tak jak wody, unoszę się. Śmieję się ze zdziwienia innych ludzi i z tego, że nie zauważają gęstości powietrza, że sami nie pływają.
Mały przeskok.
Jestem już pod wiaduktem kolejowym. Wchodzę przez wyrwę w chodniku do podziemnej betonowej groty. Nagle pojawia się mój tata i prowadzi mnie i jakąś idącą ze mną dziewczynę przez dżunglę, pomiędzy sadzawkami mętnej wody. Znikąd pojawiają się dzicy tubylcy. Wyrywam jednemu z nich włócznię i używając jej jak kija strącam ich z grobli do wody. Czuje się szczęśliwy, że mogę to zrobić, bo od czegoś się uwolniłem.
Koniec

sobota, 24 maja 2008

24 V 2008

Jesteśmy z I. na letnim obozie szermierczym nad morzem. Znajdujemy się na plaży, nad horyzontem zachodzi słońce. Rozmawiamy, żartujemy, w pewnym momencie I. zaczyna mnie gonić. Biegnę w stronę wody, rzucam się na falę, która wyrzuca mnie wysoooko w górę. Stwierdzam, że to świetna zabawa i rzucam się na następną. Kiedy wylatuję, I. próbuje mnie złapać, ale jej się nie udaje, zanurzam się głęboko pod powierzchnię. Wypływam z powrotem i zmierzamy w stronę brzegu, podobnie jak kilka innych osób, które były w wodzie. W pewnym oddaleniu, na plaży, stoi w rządku grupka osób. Podchodzi do nas trener (z dawnych obozów, na których byłem w rzeczywistości) i zabiera kilka osób (w tym i I.) i ustawia je w tamtej grupce. Kiedy się do nich zbliżamy, nie znajdujemy się już na plaży, tylko w domu mojej babci i dziadka, który w śnie pełni rolę ośrodka, w którym jest obóz. Trener mówi, że mamy się teraz ze sobą zapoznać, więc obie grupki do siebie podchodzą, zaczynamy się sobie przedstawiać. W drugiej grupce znajduje się też Natalka, która mówi tonem mam-was-wszystkich-w-dupie: "A ja mam na imię Natalka". Podchodzę do niej i naśladując jej ton, mówię: "A ja mam na imię Artur". Patrzy na mnie zdziwionym i urażonym wzrokiem. Wszyscy zaczynają się rozchodzić, więc wchodzę na piętro (tam znajdują się pokoje), by znaleźć I. Szukam również trenera, żeby załatwić sobie pokój ze znajomymi, boję się, że dadzą mi do pokoju jakichś idiotów. Moje poszukiwania zostają przerwane przez rodziców, którzy mówią, że przyjechała cała rodzina, żeby mi dać prezenty z okazji urodzin/matury. Zirytowany, przechodzę do pokoju dziennego, gdzie stoi szafka z prezentami, zaczynam je oglądać (ale nie rozpakowuję). Po chwili udaję się z powrotem na dół. Jest tam trenerka z Mikołowa, którą pytam o coś związanego z jakimiś dokumentami zdrowotnymi. Zjawia się higienistka z Kopernika, więc zwracam się do niej. Pyta mnie o nazwisko, więc jej podaję, ona zaś mnie rozpoznaje i mówi, że nie spodziewała się mnie spotkać w wakacje. Potem się budzę, nie zdążywszy zaklepać sobie pokoju ani znaleźć I. ;(

wtorek, 20 maja 2008

21 V 2008

Dwie sceny:
1. Znajduję się w Koperniku, w 14, z całą klasą. Paluch opowiada o planowanym remoncie holu szkoły, wspomina też coś o jakiejś imprezie dla uczniów i ich rodziców. Mówi, że w związku z tym pomyślała, że się złożymy, bo trzeba na to wszystko mnóstwo pieniędzy. Niepomiernie mnie to dziwi, myślę sobie bowiem, że nie jesteśmy już przecież w Koperniku (albo prawie nie jesteśmy?). Swoją dezaprobatę wyraża również An. siedząca obok. Paluch zaczyna dyktować wszystko, co trzeba sfinansować, ja zapisuję - na początku normalnym pismem, które potem jednak się zmienia w wielkie kulfony, "a" zapisuję zupełnie inaczej, litery mają dziwne ogonki, piszę też - nie wiedzieć czemu - czerwoną kredką. An. wyraża głośno swoje zdziwienie.
2. Siedzimy z Pa. i Mi. w ogródku jakiejś kawiarni, przy małym, okrągłym stoliku, stojącym bezpośrednio na chodniku. Przypominają mi rozmowę na GG, z której wynikałoby, że I. i ja "nie jesteśmy wcale takimi niewiniątkami, na jakie wyglądamy".

niedziela, 18 maja 2008

180508

jestem z Pauliną w jakimś centrum handlowym, lecz nie wygląda ono jak zwykłe centrum. całość to ogromny, wielokondygnacyjny budynek ze stali, szkła i innych nowoczesnych tworzyw, sprawiający jednak wrażenie nieukończonego. co jakiś czas pojawia się widoczna elewacja, to znów jakieś wystające rury, nie obłożone do końca ściany. pełno jest schodów, takich prostych, z metalowych rurek i siatkowych stopni. wszystko jest bardzo czyste, wręcz sterylne, a w powietrzu unosi się taki zapach, jaki panuje w nowo postawionych domach. wszystko jest szare, stalowe albo srebrne, jest bardzo jasne jarzeniowe światło. mimo to, nie jest wcale nieprzyjemnie, chociaż może nieco dziwnie, ale w śnie dla nas to jest normalne miejsce. w tym pseudocentrum znajduje się pełno różnych zakamarków, w których usytuowane są sklepy albo kawiarnie i puby (tego jest znacznie więcej). wszędzie kręcą się ludzie (to akurat jest typowe xD)

wchodzimy z Pauliną do jednej z knajp. wygląda ona jak pokój bez czwartej ściany, nie ma drzwi, cała jedna ściana jest otwarta na resztę centrum. oczywiście wszystko jest w szarej kolorystyce. po pomieszczeniu porozstawiane są niskie proste ikeowe stoliki wokół których goście siedzą na niskich pufach. siadamy w rogu, ale po chwili dosiada się do nas dość duża grupa młodych ludzi, którzy rozmawiają głośno, śmieją się i przeszkadzają, a my chciałyśmy w spokoju sobie pogadać. idziemy więc stamtąd. potem jakiś czas długo krążymy po centrum bez większego celu. dochodzimy do wniosku, że wszystko tu wygląda tak samo.

potem się obudziłam, znowu zasnęłam i śniło mi się coś z Arturem, ale nie umiem sobie przypomnieć co.

sobota, 17 maja 2008

17.05.08

no i proszę, jak rano więcej czasu to i przypomnienie sobie więcejniżmniej szczegółowo snu staje się łatwiejsze x)

jestem w supermarkecie i robię zakupy. mam czerwony koszyk. podchodzi do mnie jakiś chłopak. nie umiem skojarzyć jego twarzy z żadną istniejącą naprawdę postacią (w śnie go znam). ma ciemne włosy w kucyk i ciemną karnacje, jest ubrany w dżinsową kurtke. pyta się, czy bede za chwile wracać do domu, mówię mu, że tak. on na to, że poczeka na mnie i wrócimy sobie razem, bo jedzie w tę samą stronę.
wsiadamy do metra, które wyglada jak londyńskie, jedziemy. przegapiam przystanek na którym miałam wysiąść (36). jadąc w stronę następnego (47 - taka była numeracja tych przystanków) mówię, że jestem zła, bo odległość dzieląca 36 i 47 jest bardzo duża i narzekam dlaczego zawsze (czyli zdarzało mi się to już widocznie wcześniej) muszę przegapiać mój przystanek. chłopak (on jechał dalej) powiedział, że nie ma sprawy, bo może wysiaść ze mną na 47 i podrzucić mnie do domu, tak będzie szybciej niż jakbym miała czekać na powrotne metro.
wyszliśmy zatem z metra i wsiedliśmy to jego samochodu. był to mały ciemno czerwony voldzwagen golf (dokładnie taki jaki ma jeden z moich kolegów z rysunku, który mnie czasem odwozi do domu). jechaliśmy, a ja siedziałam niekulturalnie trzymając stopy na siedzeniu, ale kierowca nie zwrócił mi na to uwagi. pamiętam, że miałam na nogach fioletowe rajstopy, a w ręce trzymałam nokie 3310 (tą taką starą, popularną bardzo, miałam ją sama kiedyś).
potem staneliśmy na światłach i przez moment rozważałam wyjście z samochodu bez słowa i ucieczkę, ponieważ przypomniało mi się, że jak byłam mała, matka zawsze mi mówiła, żebym nie wsiadała do samochodów nieznajomych, jak mi to proponują, bo mogą mnie gdzieś wywieźć, porwać, zgwałcić albo zabić. to dziwne, bo na początku snu znałam tego chłopaka, teraz jednak stał się nagle kimś kogo poznałam dopiero w sklepie. nie wysiadłam jednak.
pojechaliśmy najpierw pod jego dom, żeby zostawić tam samochód. był to drewniany, błyszczący (!) dom z jasnego drewna, który kształtem przypominał kościół. z tego względu spytałam, czy jego rodzice są kościelnymi (logika ani), ale nie pamiętam jaka była odpowiedź. następnie zapytał się, czy pójdziemy na łąkę, powiedziałam, że oczywiście możemy iść, ale najpierw zadzwonię do matki i powiem, że bede później. nie wykonałam jednak telefonu, poszliśmy na łąkę. weszliśmy na nią przez bramę, trawa była wysoka i bardzo jasno zielona. spotkaliśmy tam panią kubiak oraz mojego kolegę z osiedla, który jest ministrantem i ma najdurniejszy wyraz twarzy jaki można mieć. kubiakowa pogratulowała mi zdania matury (sny się sprawdzają na opak, kurwa), po czym poszliśmy na spacer. całą drogę starałam się zadzwonić do mamy, ale nie było zasięgu i słyszałam "nie można zrealizować tego połączenia nie można zrealizować tego połączenia", chociaż gdy nie ma zasięgu, to przecież nie słyszy się nic takiego, bo telefon po prostu nie wykonuje operacji.
ostatnia scena jaką pamiętam, to jak wchodzimy na jakiś dziedziniec (wawel, czy coś) i razem z tym chłopakiem staramy sie złapać zasięg, podnosząc ręce z komórkami do góry. na ekranie mojej pojawia się jakaś chmurka, co sugeruje mi że mogę zadzwonić. wykonuję telefon, ale zaraz po tym się budzę.
po przebudzeniu mam dziwne uczucie niezałatwionej ważnej sprawy, ale nie chodzi tu o nic z czym związany był sen. nie mam pojęcia o jaką sprawę może chodzić, więc pierdole to, wstaje i ide zapisać mój boski sen (z fabułą! ^^)

środa, 14 maja 2008

14.05.08

JAKOŻE w związku ze wczorajszą rozmową z Arturem obiecałam sobie zapamiętać dzisiaj sen, oto i jest. piaskowy dziadek dostał po ambicji, że ostatnio nie pamiętam snów albo są tak chujowe ze nie ma co ich rzucać w publike, więc mimo ze polozyłam sie spać ok 2, a wstałam o 6 i dziadek miał mało czasu, sen BYŁ (prosze, co znaczy siła woli xD)
jako następuje:
mieszkałam w namiocie, chociaż to nie były zadne wakacje. namiot miał niebieskie zadaszenie i przypominał namioty z obozu w riccione (we włoszech). przed namiotem stały plastikowe białe stoliki z krzesłami (dokładnie jak we włoszech), na których wiecznie był syf (zarówno w moim śnie jak i we włoszech). do namiotu prowadziła alejka wzdłóż której bardzo blisko siebie stały czarne kubły na śmieci, te takie o kształcie walca, z pokrywą do podnoszenia. było ich naprawdę Dużo i Gęsto. były tam jeszcze jakieś drzwa i ogólnie było dość ciepło, bo wszyscy chodzili w cienkich ubraniach. potem pojawił sie tam Marcin, moj kolega z gimnazjum, który powiedział (brak logiki,ale tak powiedział), że "zostawił tu gdzieś swoje okulary, ale nie wie dokładnie na którym stoliku, bo są przyklejone." (!) potem jedliśmy zimną pizze, a cały blat stolika przy którym siedzieliśmy był umazany na czerwono.
potem pamietam przebłyski. najpierw jestem w moim pokoju i siedze pod sztalugą (!) trzymam w rękach kredki świecowe (czarną i w kolorze cielistym). dla ścisłości trzymam jedną kredkę w jednej ręce.
kolejny przebłysk to że jestem w jakimś nieokreślonym miejscu, spotykam Kasie Waniek, która dzwoni do mnie na komórke, mimo że stoje obok niej. mówi coś do mnie, po czym idziemy gdzieś.

piaskowy dziadek jest bosssssski.

wtorek, 13 maja 2008

12 V 2008

I. pisze maturę z biologii, mam przyjść po nią, gdy skończy. Jednak my w Koperniku też coś piszemy (na szczęście nie biologię), kończymy mniej więcej w tym samym czasie, więc czeka mnie bieg do centrum. Jednak okazuje się, że po egzaminie mamy iść na salę gimnastyczną, gdzie będzie jakaś gala (zakończenie roku?) - obecność obowiązkowo. Klnąc w myślach, piszę do I. smsa, że się spóźnię. Sms jednak nie dochodzi (bo nie dostaję raportu doręczenia). Klnąc w myślach jeszcze bardziej, zabieram się za pisanie drugiego, wchodząc na salę.
Po wejściu umiejscawiamy się z tyłu (wszystko nie jest ustawione tak, jak na zakończeniu roku - przód jest jakby się po wejściu na salę skierowało w lewo). Wchodzi chór, brawa, robi się ciemno - będzie jakieś przedstawienie. Ja wciąż próbuję wykonać Misję Wysłania Smsa (ale pokryjomu, bo nauczyciele krążą). Obok nas (siedzę razem z Mi. i Pi.) zatrzymuje się xap (ksiądz Adaś, jakby ktoś nie zczaił). Na scenę wychodzą Natalka i Rubasia. NIKT NIE KLASZCZE. Ksiądz stwierdza, że nie nie nie, tak nie może być, nasze dwie bohaterki wejdą jeszcze raz, a my mamy przywitać je brawami. Wymieniam z Mi. zdegustowane spojrzenia. Natalka i Rubasia wchodzą jeszcze raz, ale znowu nikt nie klaszcze, ksiądz się obraża i wchodzi do siłowni (popłakać w kąciku? zabić się?). W międzyczasie rezygnuję z Misji, chowam komórkę do kieszeni. Przychodzą do mnie 4 wiadomości, a ja wiem, że to I. pyta, gdzie jestem.
W dalszej części akademii pojawia się Wierzba. My przenosimy się do przodu (teraz są tutaj także Pa. i An.). Wierzba gada, gada i gada ("deszcz pada, pada i pada"), a w tym czasie pojawiają się trzy ciasta na trzech różnych talerzykach - żółtym, czerwonym i niebieskim. Te ciasta zrobili ludzie z 2D, na każdym z nich jest zdjęcie osoby, która je zrobiła. Ciasta zostają pokrojone na kawałki, ułożone na talerzykach i puszczone w obieg. My dostajemy jako pierwsi, bierzemy z każdego po kawałku. Pa. stwierdza, że jedna dziewczyna (ta, której ciasto było na czerwonym talerzyku) smakuje mdło.
Potem wreszcie chyba się kończy, wszyscy wysypują się na zewnątrz, czytam smsy. W pierwszym I. pyta się gdzie jestem. Drugi i trzeci stopiły się w jedno - to sms z pogrzebu (w tym samym czasie, co akademia, był jeszcze jakiś pogrzeb, na którym miałem być), informujący, że właśnie oddano honory (poprzez grę na trąbce). Czwarty znów od I. - złożony z obrazków, które, jeśli się przeskakuje szybko, tworzą animację. Ukazany jest człowieczek, który pada na ziemię - ma wyrażać, że I. śmiertelnie się nudzi.
Przeskok. Jesteśmy z I. w Koperniku, opowiada mi o maturze z biologii. Mówi, że jedno zadanie, z "protisum procuratis" (cokolwiek to jest), było przegięte, a oprócz tego było bardzo dużo zadań z cząsteczek.

niedziela, 4 maja 2008

4 V 3008

Oczywiście matura.
Pisaliśmy ja na jakimś dworcu - chyba w Bielsku. W środku był bardzo nowoczesny, ale na zewnątrz to rozpadająca się ruina. Mieliśmy mało czasu na pisanie, a w środku był przewidziana przerwa - na kawę, albo odebranie prania. Wszyscy siedzieli jakoś dziwnie każdy z każdym rozmawiał - tylko nie ja bo posadzili mnie jakoś tak z boku. Tylko w czasie tej przerwy w toalecie mogłem pogadać z innymi. Wszyscy byli zszokowani, bo były pytania o staro cerkiewnosłowiański.

2 V 2008

Jestem we Francji. Wyjechałem za granicę, żeby uciec przed poborem. Śpię sobie spokojnie w moim domu i słyszę,że ktoś dobija się do drzwi. Olewam to i śpię dalej. Kiedy wreszcie się budzę odkrywam pod drzwiami francuskie, urzędnicze pismo. Mówi ono o tym, że nie było mnie w domu, kiedy przyszli werbować do francuskiej armii i traktują mnie od dziś jako dezertera, za moją głowę zostaje wyznaczona nagroda.
Przez resztę snu tułam się po Francji unikając jak mogę żołnierzy. Pomagają mi w tym Pi. i Pa. Często jeździmy na rowerach. Nie potrafię zrozumieć, jakim prawem chcieli powołać mnie do ich armii skoro nie jestem francuzem.

czwartek, 1 maja 2008

1 V 2008

W pierwszej części snu zwiedzam Bielsko-Białą z ojcem. Wchodzimy na jakąś górę w centrum miasta. Samo miasto wygląda bardzo fajnie bo ma jakby dwie części - pierwsza taka zwykła jak prawdziwe Bielsko, a druga pnąca się po zboczu góry, aż do płaskowyżu pomiędzy szczytami. Stare kamieniczki tłoczą się pomiędzy górami. Prawie każda ma malutką wieżyczkę - jest chyba wiosna - jeszcze gdzieniegdzie jest śnieg.
Druga część. Wracam z jakiejś podroży do Katowic. Jest wieczór, strasznie pochmurno, ale przy tym dziwnie jasno. Całe miasto jest opuszczone, nikogo nie ma na ulicach. Rozstaję się ze znajomymi (nie wiem z kim) i jadę tramwajem. Kiedy przyjeżdżam do domu, okazuje się, że moje siostry wróciły - panuje okropna atmosfera oczekiwania. Okazuje się, że Niemcy nas zaatakowali. Są już pod Katowicami. Wychodzę na balkon ulice są puste. Nasłuchuję i ciągle patrzę na południe, czy nie widać lub nie słychać wybuchów, bo stamtąd mają przyjść. Mam wrażenie, że przeżywam to po raz drugi.
Jest kolejna scena przyglądam się mojej ulicy z ukrycia. Dwa oddziały Niemców stoją na dwóch krańcach. Ma się wydarzyć coś ważnego. Jakiś generał czy ktoś taki wydaje rozkaz, żołnierz ma wziąć pakunek i udać się do drugiego oddziału (chodzi o to, że jeśli mu się uda, to będzie znak, że Katowice są opanowane). Mówi też, że jeśli cokolwiek mu się stanie, mają posłać po strzale z działka do każdego okna. Żołnierz rusza i napięcie rośnie, nie wiem czy się nie wycofać. W końcu dociera. Wśród Niemców wybuch radość - podobno udało im się zdobyć wszystko (Śląsk? Polskę?) bez jednej ofiary. Potem idę korytarzem opowiedzieć rodzinie o wszystkim. Czuję potworne rozgoryczenie, że znów trzeba będzie się kryć, kombinować, uważać na każdym kroku.
Kolejna scena. Odkrywam, że dziadek (?) który z nami mieszka ukrywa kogoś u siebie w pokoju - wolę nie wiedzieć. Wszystko mówi, że to Niemiec.
Kolejna scena - jakiś bal, czy przyjęcie u okupantów. Jest też jakiś sowiecki generał. który mówi, że obóz zagłady bezprawnie odebrany Romom (jakaś dziwna nazwa) wrócił w ich ręce i Ci zgodzili się nawiązać współpracę. Potem Niemiecki Generał ogłasza jakieś przepisy i mówi, że Pa. zostaje nowym dyrektorem Kopernika, a sama zainteresowana dodaje, że też ministrem edukacji.
Kolejna scena - siedzę w salonie - moja siostra ogląda telewizję - wszystko jest propagandowe. Bawię się nowoczesnym telefonem, który przywiozła z Anglii. Szukam jakiś informacji, ale nic nie wiadomo.
Kolejna scena (dość dramatyczna). Odwiedzam ojca. Jego warunki życia znacznie się pogorszyły. Proszę go, żeby na siebie uważał i za bardzo się nie wychylał, bo mogą mnie przez to wpakować do Auschwitz.
Nie udało mi się snu skończyć, zostałem obudzony.