poniedziałek, 14 stycznia 2008
13 I 2008
Koniec
niedziela, 13 stycznia 2008
13 I 2008
Na początku śniło mi się, że siedziałem przed komputerem i cieszyłem się, że pogram sobie w Wiedźmina.
Później z paroma osobami, w tym z H. szliśmy przejściem podziemnym. ale H. stwierdziła że musi się odłączyć i poszła małymi, kamiennymi schodkami, które wchodziły w ścianę. Pięły się one wysoko, po zboczu góry, która nagle znalazła się tuż obok. Kiedy wyszliśmy z przejścia stanęliśmy na tarasie widokowym i zobaczyłem, że jestem w jakimś miejscu nad morzem Śródziemnym. Wszędzie było pełno domków i ulic zgromadzonych na skalistych górach. Powietrze było niesamowicie nagrzane.
W kolejnej części byłem jednym z bohaterów jakiejś fantastycznej przygody. W scenie, która pamiętam wraz z innymi stoję nad przepaścią, powyżej wodospadu.
Są wśród nas ludzie, ale też inne stwory, które mogą być krasnoludami itp. W przestrzeni tuż za krawędzią unosi się jakaś postać, chyba duch wodospadu.
Potem następuje nagle przejście i jestem w kinie gdzie wraz ze znajomymi oglądamy film o naszych przygodach. Jakaś dziewczyna pyta się mnie czy zawsze na filmach wyglądam tak zabójczo.
Następna część: Siedzę w gabinecie jakiejś kobiety. To mały pokój. Jedną ścianę zajmują okna, wszystkie zasłonięte ciężkimi kotarami, do których zamiast frędzli przyczepione są złote rogi.
Kobieta tłumaczy mi, że powszechnie używany język polski to jeden z 9 języków polskich, a jego dokładna nazwa to ****(tu jakaś wieś od której polski miał czerpać swoją nazwę). Polski miał należeć, według niej, do grupy języków angielskich, bo swój alfabet wywodził od króla Henryka. Następnie powiedziała mi, że np. Śląski i Częstochowski to też języki polskie, ale bez usystematyzowanego słownictwa. Tu podała mi przykład zdania "Wiedźma poświęciła 100 dolarów, czy może poświeciła 100 dollerów (to chyba miał być dowód na spory co do słów)". Wtedy jakaś dziewczyna, której wcześniej nie widziałem spytała się: "Jaka to różnica, ważne ile wiedźma będzie mieć wróżek". Kobieta przyznała jej rację.
Potem dowiedziałem się po co tam w ogóle jestem: Na podstawie książek z serii DragonLance miałem analizować największe fantastyczne ucieczki. Dała mi jedną książkę, z magicznie zaznaczonymi fragmentami, żebym zajął się tym w domu.
Wtedy ktoś wywalił dziurę w ścianie. Był to mężczyzna, który miał mnie nauczyć, jak uciekać. Za ścianą było widać wnętrze biblioteki. Powiedział mi, że on zna wszystkie ucieczki i pokazał mi na dowód żołnierzy, którzy zwiali z wojska i kryją się w górach. Kiedy Wyszli z jaskini zaczęli śpiewać wierszyk opisujący ich historię.Jednocześnie słyszałem treść czytanego gdzieś raportu, że zostali wykryci i niedługo wojsko się niemi zajmie.
To by było na tyle. Wiem też, że na samym początku była scena, w której wiedziałem, że mój sen będzie bardzo absorbujący, dlatego obudziłem się (tak myślałem w śnie), aby zapisać 3 ważne sprawy na kartce. Potem z czystym sumieniem zasnąłem jeszcze raz i dałem się poprowadzić (bo były tam osoby, które wprowadzały mnie w sen). Niestety nie pamiętam co było takie ważne, że nawet we śnie chciałem to zapisać.
Koniec
12 I 2008
piątek, 11 stycznia 2008
11012007
wtorek, 8 stycznia 2008
8 I 2008
W pierwszej stoję w jakimś pokoju i rozmawiam przez telefon z babcią. Dowiaduję się, że nie czuje się najlepiej a wyniki jej ostatnich badań są złe. Umawiam się z nią, chcę ją zobaczyć jak najszybciej. Jestem bardzo zmartwiony.
W drugiej jestem na wyprawie z ojcem. Mamy plecaki i kijki trekkingowe, przedzieramy się zarośniętym szlakiem przez las/dżunglę. Ojciec wkurza się na mnie, że nie omijam kałuż i wchodzę specjalnie w wodę. Ja w duchu się z niego śmieje, bo wiem, że to sen i nie ma to żadnego znaczenia.
Trzecia część jest jakoś połączona z drugą.
Wraz z przyjaciółmi z klasy mamy gdzieś lecieć. Znajdujemy samolot i używamy go jako autobusu, bo on może startować jedynie z lotniska, więc musimy tam pojechać normalnie po drodze.
Kiedy jesteśmy na lotnisku wychodzę się rozejrzeć. Budynek jest ogromny i szybko się w nim gubię. Wiem, że za chwilę mamy odlatywać, przez przeszklone okna widzę swój samolot, ale nie mogę tam dotrzeć. Nagle pojawia się P., który zabiera mnie na pokład.
Zostały otwarte jedynie przednie drzwi samolotu, bo zaraz mamy odlatywać. Są to jakieś luksusowe linie. Przy wejściu pokazuję bilet, który wygląda jak bilety do kina Helios. Siadam na pierwszym z brzegu wolnym fotelu, to znaczy zaraz za pilotami. Nie ma podziały na kabinę pilotów i resztę, więc wszystko łądnie widać przez przednią szybę.
Co do samolotu: jest bardzo niski i długi. Siedzenia są osadzone prawie bezpośrednio na podłodze - jest tak nisko. Do tego cała podłoga pokryta jest jasnym, puszystym dywanem.
Kiedy mamy startować na siedzenie obok mnie siada zapasowy pilot, który instruuje mnie jak zapiąć dobrze pas. Potem rozmawiamy o tym, że zawsze chciałem być pilotem.
Koniec
niedziela, 6 stycznia 2008
06 stycznia 2008
Sen był bardzo długi i szczegółowy, więc nie obrażę się, a nawet będę wdzięczna, jeżeli na samym początku stwierdzicie, ze nie chce wam się go czytać xD Zamieszczam go tu po prostu, bo jak wspomniałam był dość długi i pisanie go oraz przypominanie sobie detali w miarę precyzyjnie zajmie mi trochę czasu, a chcę jak najbardziej odwlec moment spotkania z rzeźbą i malarstwem renesansu, nad którym pewnie spędzę większość dzisiejszego dnia. Zatem:
Pierwsza scena rozgrywa się w jakimś pokoju. Jest to niewielki pokój, prawdopodobnie dziecięcy, o czym świadczą kolorowe meble, zabawki etc. Wszystko jest nowe, okna są wymienione na plastikowe, jest czysto i sterylnie. Mniej więcej ¾ pomieszczenia znajduje się pod poziomem ziemi (coś na kształt piwnicy). W górnej części ścian znajdują się podłużne okna, przez które widać poziom gruntu. Jest dzień, za oknami jest jasno, widać przez nie ciemnobrązową glebę na której jednak nic nie rośnie. Pokój od wewnątrz wyłożony jest czymś w rodzaju miękkiej, grubej maty (prawdopodobnie, aby nie było zimno z uwagi na to, że jesteśmy pod ziemią). Wraz ze mną w pokoju znajduje się kilka, lub nawet kilkanaście osób, które pamiętam z obozu plastycznego, na którym byłam parę lat temu. Wszyscy jesteśmy już jednak dorośli (tzn. nie mamy po 13 lat jak na obozie, tylko tyle co teraz). Rozwieszamy na owych podłużnych oknach rolety (leżące na stercie na podłodze), które są w kolorach jasnobłękitnym i piaskowym (osobiście nie znoszę tego połączenia kolorów). Wreszcie zostaje nam ostatnie okno. Ja chcę zawiesić roletę niebieską, a Stefania (jedna z dziewczyn) piaskową. Zaczynamy się kłócić. Spór zakańcza jeden z chłopaków, który sam bierze roletę z ziemi (jest jednak zwinięta, tak że nie widzimy koloru) i ją zawiesza. Potem wszyscy wychodzą. Ja zostaję jeszcze chwile, wracam się i sprawdzam jaki powiesił kolor. Niebieska ^^.
Druga scena dzieje się w lesie. Jest prawdopodobnie jesień, bo na ziemi leżą rozmokłe liście i ogólnie pogoda pod psem. Jadę na rowerze przez owy las paląc papierosa. Lasem biegną tory kolejowe i jadę wzdłuż nich, jednak nie zbyt blisko (jakieś
Trzecia scena. Jestem w domu mojej babci w Ustroniu. Ta scena jest cholernie realistyczna, wszystko pamiętam idealnie: każdy szczegół kuchni, strój babci (miała granatową spódnicę w drobne, delikatne kwiatuszki, szarą wełnianą kamizelkę i jasną bluzkę zmechaconą na łokciach – naprawdę ma takie ubrania), naczynia i wszystko tak jak tam jest naprawdę. Na kuchence gotują się w dużych garnkach jakieś potrawy. Babcia częstuje mnie gorącym rosołem z makaronem. Biorę talerz i siadam przy stole. Gra radio, które gra tam zawsze. Koniec.
O czwartej scenie nie będę się rozpisywać, mimo że wszyscy mamy już 18 lat xD Napiszę tylko, że również rozgrywa się ona w domu mojej babci w Ustroniu (biedna babcia ._.).
Piąta i ostatnia scena to Londyn. Jesteśmy z Alą na kursie Rose of York (tym, na którym byłyśmy w wakacje). Tu również wszystko jest cholernie realistyczne, klasa, ławki, ludzie, nasze ubrania, zgiełk za oknem, to jakim długopisem pisałam, wszystko dokładnie tak jak tam było. Nawet zerknęłam raz na zegar wiszący naprzeciw drzwi w taki sam sposób, jak to robiłam na kursie. Siedzimy z Alą obok siebie w ławkach zwróconych tyłem do okna. Lekcji nie prowadzi jednak żaden z nauczycieli, którzy nas tam uczyli, lecz Marie (dziewczyna z Francji, która chodziła z nami na ten kurs jako uczestniczka). Rozdaje nam kartki z ćwiczeniami. Jest na nich pełno przymiotników określających odczucia np. nice, angry, disgusted, irritated etc. Naszym zadaniem jest uzupełnić tak, aby powstały zdania: „I feel nice when... I feel angry when... I feel cośtam when...”. Oczywiście te słówka są bardziej wyszukane niż nice i angry, ale nie ich nie pamiętam xD Słówek jest dużo, przynajmniej cztery kolumny. Siedzimy chwilę, bo nie umiemy nic wymyślić, po czym zaczynamy się wygłupiać wpisując sobie nawzajem jakieś pierdoły w stylu Arek i rysując głupie rzeczy po kartkach. Koniec.
czwartek, 3 stycznia 2008
3.01.2008
Jestem w jakiejś chatce w górach. Jaem kromkę z masłem i patrze za okno na śliczne błękitne niebo. Mówię do chłopaka który był ze mną, że chcę już iść w góry, i żeby spojrzał n aniebo. Wychodzimy przed chatkę. Stoimy a on mnie obejmuje. Patrzymy n akrajobraz. W oddali widać zamek. On mówi mi, że chce mieć taki zamek kiedyś i mieszkać w nim. ZAczynamy się wspinać po górze w kierunku zamku. NAgle okazuje się że jest to cmentarz, a gdy wchodzimy na zamek okazuje się dużym grobowcem. Mówie do niego, że to tylko grobowiec. Schodzimy w dół. Do chatki któ¶a jest jakimś betonowym budynkiem. Przy drzwiach o barierkę opiera się mój tata. dochodz·e do niego i dzwoni budzik. BUdzę się w najgorszej fazie świata. ( te nsen to był strach )
30 XII 2007
W następnej scenie jestem już pod wodą, obserwuję wszystko jakby znad łodzi, którą płynę. Znajduje się ona w olbrzymim zbiorniku przypominającym basem, wyłożonym kafelkami. Na dnie znajduje się kłębowisko metalowych rurociągów, wynurzających się na powierzchnię. W wodzie unoszą się także statki (częściowo pokryte lodem). Podpływamy do jednego z nich i z użyciem specjalnych wysięgników (przypominających metalowe ręce zakończone chwytakami) wyciągamy z niego jakiś obiekt, przypominający nieco pocisk. Ładujemy go do wylotu jednego z rurociągów, wysyłając na powierzchnię.
Następuje zmiana miejsca. Jestem teraz w kawiarni, będącej częścią galerii rozciągającej się od mikołowskiego kościoła aż do rynku. W galerii panuje półmrok, przejścia są dość wąskie, wszystko jest oświetlone lampami dającymi pomarańczowe światło. Wychodzę z kawiarni, w drzwiach przepuszczając jakąś kobietę, kieruję się do wyjścia z galerii od strony rynku. Znajduje się tam granica, rodzaj pola siłowego, przez które nikt nie jest w stanie przejść. Mnie się to jednak udaje. Pytam o to stojącą przy wyjściu kobietę. Odpowiada, że potrafię przejść przez granicę, gdyż nie jestem prawdziwy, jestem klonem (wspomnianym w pierwszej scenie), a oryginalny "ja" już nie żyje.